Dom dobry

Celowo nie poszłam do kina, a i z oglądaniem w streamingu zwlekałam parę dni. Wiedziałam, że zaboli i tak się stało. Dużo o nim już mówiono i pisano, więc moja opowieść to tylko moje spojrzenie i mój odbiór tego bardzo ważnego filmu.
To opowieść o związku, w którym pojawia się przemoc poprzedzona mobbingiem, poniżaniem czy upokarzaniem, to historia, która może ostrzegać i uświadamiać wszystkim (i kobietom i mężczyznom) jak to wygląda w dalszej perspektywie. Reżyser tego filmu, Wojciech Smarzowski, oszczędza nam długiej opowieści jak się z pozoru cudowny facet, dbający, romantyczny, opiekuńczy, kochający przemienia się w potwora. Nieco nieczytelnie, trzeba się do tego przyzwyczaić, za pomocą migawek, klipów reżyser pokazuje zmiany w życiu bohaterki, a spotyka ją wszystko: poniżanie, upokarzanie, maltretowanie, bicie, gwałt. Reżyser wprowadza do tego dwutorową narrację nieco przypominającą „Przypadek” Kieślowskiego: co by było gdyby wybrała jedną z możliwości i one się ze sobą przeplatają. W życiu zwykle mamy wybór, tylko że czasem brak nam sił, determinacji i konsekwencji. A w tym przypadku, jak i w wielu innych, musi się to skończyć tragicznie. Przejmująca historia, oparta nie na wymyślonych wypadkach, tylko poparta prawdziwym życiem z którego czerpał Smarzol, zagrana koncertowo przez dwójkę: Agatę Turkot i Tomasza Schuchardta. Ona właśnie za tę rolę otrzymała nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego, a on skwitował rolę: „ktoś tego drania zagrać musiał”. Do tego dochodzi rewelacyjny występ Agaty Kuleszy w roli matki głównej bohaterki.
Napisałam: ważny film. Tak. Bo rozpoczął proces myślenia i mówienia głośno o przemocy w zaciszu domowym, gdzie tak chętnie biega się do kościoła, gdzie tak często za zasłoną wiary ma miejsce dramat. W kraju, w którym jeszcze niedawno chciano wypowiedzieć ratyfikację konwencji stambulskiej.
Bardzo polecam.

Żegnaj, June

Od pewnego czasu trwa pochód filmów których bohaterowie albo zaczynają się godzić z upływem czasu albo żegnają się z życiem. Za takie role biorą się dojrzali znakomici aktorzy, którzy różnie się to robią, ale zawsze warto popatrzeć na odwagę i kunszt aktorski. I właśnie takim filmem jest ten, o którym dziś piszę. Sięgnęłam po niego dla Helen Mirren, która zagrała tu matkę dosyć sporej rodziny: trzy córki – w tym dwie bardzo skłócone, oraz syn, który do tej pory mieszka z rodzicami. Dwie z córek posiadają dzieci i cała ta rozwydrzona grupa pojawia się u matki w szpitalu. Tak naprawdę głównym wabikiem było dla mnie to, że ten film jest reżyserskim debiutem znakomitej brytyjskiej aktorki Kate Winslet i muszę przyznać całkiem udany to debiut. Gra zresztą jedną z córek, towarzyszą jej jak zwykle fantastyczna Toni Collette i mało znana jeszcze Andrea Riseborough, w roli brata wystąpił świetny Johnny Flynn, a ojca niepokojąco zagubiony Timothy Spall. Historia banalna ale wzruszająca jak każda historia rodziny żegnającej się z ukochanym jej członkiem. Mimo niesnasek, niedomówień, niejasności to czas wspólny, który pomoże przetrwać pustkę po stracie. A widz przypomina sobie własne przeżycia albo konfrontuje to ze swoimi wyobrażeniami.
Mam kilka uwag natury formalnej, bo pewne rzeczy są w tym filmie po prostu nierealne. Nie widzimy innych pacjentów, jest dwóch lekarzy dla jednej June, pielęgniarz 24/7, przestrzeń i wolna amerykanka jeśli chodzi o zachowanie odwiedzających. Oraz organizowanie imprez na terenie oddziału, na którym mamy umierającą June. Rozumiem, że twórcy chcieli „wypreparować” sytuację z całości organizmu jakim jest służba zdrowia, ale trochę przesadzili. Ale to są moje zarzuty, mało ważne dla odbioru całości. Bo film wart zatrzymania i przemyślenia.

Brutalista

Ameryka, zwłaszcza zaś USA to miejsce, w którym zamieszkuje najwięcej emigrantów i ich potomków. I pewnie dlatego Amerykanin Brady Corbet nakręcił w 2024 roku film o fikcyjnym węgierskim Żydzie, który w latach 40. ubiegłego wieku zmuszony jest do emigracji do tego amerykańskiego raju na ziemi. Śledzimy losy architekta Laszlo Totha, z wielką wyobraźnią i z wielkim talentem, który zupełnie przypadkiem trafia na bardzo intratne zlecenie. Równocześnie usiłuje ściągnąć do siebie swoją żonę Erzsebet, która utknęła gdzieś na trasie i próbuje dotrzeć do męża. Brady Corbet, aktor, scenarzysta i reżyser stworzył monumentalne, ponad trzygodzinne dzieło, które mnie jednak nie zachwyca kompletnie. Gdyby nie zdjęcia i znakomita muzyka (która zmienia klimat wraz z napisami końcowymi), ale także świetna obsada, zwłaszcza trójka głównych aktorów (Adrien Brody – Oscar za pierwszoplanową rolę męską, Guy Pearce i Felicity Jones) stwierdziłabym że nudy, panie, nudy. Rozwlekła historia, której pewne elementy są zupełnie niepotrzebne (gwałt i jego skutki) czy kilka nie rozwiązanych wątków (los magnata finansowego Lee Van Burena) itd. Generalnie historia nadaje się na serial obyczajowy a nie rozreklamowane wielkie dzieło z przerwą w środku. W kinach wymuszone 15 minut, w streamingu tylko minuta.
Po pierwszym odcinku przestałabym oglądać.

Zamach na papieża

Na Filmwebie opis tego filmu zaczyna się od słów „porywający thriller”. Rzeczywiście. Dawno tak porywającego badziewia nie widziałam. Siedziałam jak zaczarowana wpatrzona w ekran, wsłuchana w dialogi i głęboko zastanawiająca się nad tym jak udało się komukolwiek zrobić taki szajs. A do tego firmowany nazwiskami Władysława Pasikowskiego i Bogusława Lindy. Dobrze, że panowie reklamują to dzieło słowem „ostatni”, bo następny mógłby być nie do zniesienia nawet dla najwytrwalszych wielbicieli ich talentu.
Historię twórcy oparli na prawdziwych wydarzeniach (bułgarski ślad w zamachu na papieża JPII), ale cała ta historia jest tak beznadziejnie wydumana, tak koszmarnie opisana, że człowiek zastanawia się co to za? Komedia? SF? Parodia? Kpina? Franz ma zabić Wojtyłę? Kto na to wpadł w ogóle? Do tego jest to sztywne jak kij od szczotki, a Linda wzorujący się Edwardzie Foxie z „Dnia Szakala” Freda Zinnemanna nie jest nawet śmieszny. Wszyscy robili co mogli, a i tak wyszedł kit. Za to w doborowej obsadzie: Adam Woronowicz, Zbigniew Zamachowski, Ireneusz Czop, Dobromir Dymecki, Wojciech Zieliński czy Karolina Gruszka. Sama postać Bianki jest taka jak większość postaci kobiecych u Pasikowskiego: użyteczna dziwka przechodnia, kwiatek do kożucha, żeby było ładniej.
Odradzam, mimo, że nowość wyprodukowana dopiero co przez tak znanych twórców.

Mr. Mercedes

Tytuł całego serialu to tytuł pierwszej części trylogii Stephena Kinga („Mr. Mercedes„,”Znalezione nie kradzione” i „Koniec warty„), która opowiada historię okrutnego mordercy Brady’ego Hartsfielda i ścigającego go emerytowanego policjanta Billa Hodgesa. To równocześnie przezwisko głównej postaci okrutnego i bezwzględnego bandyty, który właśnie auta marki Mercedes użył do bestialskiego mordu. To także początek historii Holly Gibney, z której usług King korzysta potem w innych opowieściach (np. „Outsider” czy „Holly„).
Ekranizacja wszystkich części jest dość wierna, świetnie zrealizowana i logicznie poprowadzona. Klimat jest taki jak w książkach: terror, niespodzianki, zwroty akcji. Dla tych, którzy nie znają tekstu Kinga, to fascynująca podróż w głąb ludzkich pragnień, psychoz i strachów. Każda z postaci ma problem, każda ma coś, co ją dręczy i z czym walczy. I serial tego nie spłaszcza, wręcz przeciwnie, przez sugestywne i okrutne sceny potęguje odbiór. Dla znających książki to świetne zderzenie własnych wyobrażeń z wyobrażeniami twórców (m.in. David Kelley). Serial powstał w latach 2017-2019 i już jest skończony, choć ostatnia scena to swoiste puszczenie oka do widza. Zagrany jest znakomicie. Bill to przejmujący Brendan Gleeson, w roli Brady’ego wystąpił przerażający Harry Treadway. Towarzyszą im opiekuńcza Holland Taylor, dojrzewający Jhareel Jerome, wzruszajaca Breeda Wool, Kelly Lynch, Mary Louise Parker czy Bruce Dern. Dla mnie najbardziej genialna jest rola Justine Lupe w roli Holly, ta dziewczyna po prostu zwala z nóg. Warto też zwrócić uwagę na czołówkę 3 sezonu, bo mamy tu samego Stephena Kinga w roli…. Nie, nie powiem, odkryjcie sami. Tak trafnie dobrany, że aż się uśmiecham gdy sobie przypominam.
Krótko mówiąc polecam wielbicielom Kinga. A także tym, którzy lubią się bać.

Heweliusz

Jan Holoubek, „nepo baby” czyli syn wielkiego (nie tylko fizycznie) Gustawa i znakomitej aktorki Magdy Zawadzkiej, wyrósł na świetnego reżysera. Już nie „zapowiada się”, a jest. Dwa tytuły o tym świadczą dobitnie, choć nakręcił już o wiele więcej. Słynną „Wielką wodę” mamy już za sobą od kilku lat, teraz natomiast pojawił się ten serial, oparty na równie prawdziwych wydarzeniach. Zrealizowany z rozmachem, rzetelny i widowiskowy. Tragedia promu pasażerskiego płynącego ze Świnoujścia do Ystad przypomina tragedię samolotu lecącego do Smoleńska. Łączy je kilka rzeczy: lekceważenie procedur, stanu technicznego i prognozy pogody. Wszystko w myśl „zmieścisz się śmiało”. Do tego szefowie, którzy chcą ugrać swoje i zmuszają podwładnych do pewnych ustępstw. Oglądamy samą katastrofę, a także sytuację po, gdy próbuje się wyjaśnić jak do niej doszło i znaleźć kozła ofiarnego. Do tego podglądamy tych, którzy przeżyli oraz sytuację rodzin ofiar. A całość serialu skonstruowana jest tak, że napięcie nie opada, bo w każdym odcinku mamy wszystkiego po trochu. I przed widzem po kawałku odsłania się pełen obraz sprzed i w trakcie tragedii. Rzecz jasna jest to wizja twórców (Jan Holoubek i Kasper Bajon), ale oparta na rzetelnym riserczu. Znając nas, sytuację w kraju i charaktery ludzi ta wizja jest wielce prawdopodobna. Filmowo znakomita, nakręcona z rozmachem. Aktorsko świetna, na pierwszy plan wybija się postać wykreowana przez Konrada Eleryka, który ostatnio pojawia się coraz częściej i bardzo dobrze, bo ma wielki talent. Występują także fantastyczna Magdalena Różczka, Michał Żurawski, Michalina Łabacz, Justyna Wasilewska, Andrzej Konopka czy Tomasz Schuchardt. W roli kapitana Ułasiewicza wystąpił rewelacyjny Borys Szyc. Warto zauważyć małą, ale znaczącą rolę Magdaleny Zawadzkiej. Pierwszy raz w filmie syna, ale jak Holoubek stwierdził, do tej pory nie miał dla niej odpowiedniej roli. A w tych kilku scenach Zawadzka jest świetna: kulturalna, troskliwa matka w bardzo eleganckich wnętrzach.
Polecam serial, choć wiem, że nie muszę, bo jest to wydarzenie.

Glina

Serial powstawał w latach 2003 2008 i wydawało mi się, że go widziałam, tylko słabo pamiętam. Jak się zrobił szum po zapowiedziach dalszego ciągu postanowiłam sobie przypomnieć i okazało się, że nie znam wcale. I obejrzałam z wielką satysfakcją 25 odcinków, które są świetnie zrealizowane, wyreżyserowane (w końcu całość zrobił Władysław Pasikowski) i rewelacyjnie zagrane. Bo grają wszyscy święci polskiego kina od Jerzego Radziwiłłowicza i bardzo młodego Maćka Stuhra zaczynając. Mamy tu m. in. takich jak Jacek Braciak, Agnieszka Pilaszewska, Urszula Grabowska, Mariusz Bonaszewski, Marian Dziędziel, Anna Cieślak, Robert Gonera, Anna Radwan, Sławomir Orzechowski oraz w epizodzie Wieńczysław Gliński. Jesteśmy wśród śledczych z wydziału zabójstw stołecznej komendy policji, którzy prowadzią dochodzenia w różnych sprawach. Sprawy przeplatają się, mieszają i uzupełniają. Głównymi bohaterami są nadkomisarz Andrzej Gajewski, komisarz Bonifacy Jóźwiak i kompletnie nowy w grupie podkomisarz Artur Banaś. Początkowo pojawia się jeszcze komisarz Jerzy Pawlak. Stałymi elementami gry policyjnej jest szef nadinspektor Malicki, psycholog policyjny Grażyna Janowska czy patolog Olga Seifert. Pojawia się także grupa gangsterów (Tosiek, Carlos, Pulpet, Pęczak czy Miazga), a także osoby związane rodzinnie z bohaterami. Np. partnerka Gajewskiego Agata Jeżewska, córka Gajewskiego Julia czy ojciec Banasia. Sprawy są zwykle brutalne, skomplikowane, spędzają policjantom sen z powiek i powodują napięcia rodzinne. Dialogi dowcipne, choć główny bohater nieco zdystansowany i wydaje się zobojętniały na to, co widzi. Ale ogląda się to naprawdę dobrze, bo i aktorów fajnie zobaczyć 17 lat młodszych. Z niecierpliwością czekam na to, co dokręcono po latach.

Lioness

Znowu Taylor Sheridan, jeszcze chwilę a zostanę fanką. Na razie jestem na etapie podziwu dla jego kreatywności, pracowitości i konsekwencji. Tym razem odkopałam na SkyShowTime kolejny serial, znany również pod tytułem „Special Ops: Lioness„, który znowu wyszedł spod jego ręki w 2023 roku (twórca, scenarzysta, producent, reżyser i aktor) i jak na razie kończy się sezonem drugim (odcinków w każdym zaledwie 8), choć na stronach widnieje zwrot „on hiatus”, znaczy będzie ciąg dalszy. Miał być w sierpniu tego roku, ale coś się opóźnia. I fajnie że będzie, bo ogląda się szybko i nie jest nudno. Tym razem obserwujemy pracę CIA oraz amerykańskich sił specjalnych. Poznajemy grupę agentów, których szefowa pracuje nad wykreowaniem kolejnej agentki do samobójczej akcji. Brutalne, ale nie pozbawione ludzkich cech postacie, działania pod przykrywką pomieszane z widowiskiem, moralne problemy zabójców i ich prześladowców, a także ich życie prywatne. To dostajemy w pakiecie, w którym, poza epizodami z Taylorem Sheridanem, występują duże gwiazdy: Zoe Saldana, Nicole Kidman, Michael Kelly czy Morgan Freeman. Towarzyszą im Laysla De Oliveira, uroczo rozczulający Dave Annable, Jill Wagner czy LaMonica Garrett. Mnie się bardzo podoba, polecam.

Aniołowie są wśród nas

Alan Ritchson, odtwórca Jacka Reachera w popularnym serialu, chciał chyba udowodnić, że nie jest tylko napakowanym mięśniakiem i bardzo męskim jedynym sprawiedliwym i dlatego zatrudnił się w prostej, żeby nie powiedzieć banalnej historii. Ten zeszłoroczny film w reżyserii Jona Gunna ma na celu wycisnąć łzy wzruszenia z oczu widzów. Opowieść oparta jest na faktach: oto mamy mamę, tatę i dwie córeczki. Najmłodsza się właśnie urodziła, ale mama, ciężko chora, niestety zbyt szybko umiera. Okazuje się, że teraz wdowiec musi walczyć o życie i zdrowie tej najmłodszej pociechy, która czeka na przeszczep wątroby. Do tego mimo ciężkiej pracy nie udaje się zapłacić za leki i leczenie, więc ojciec wpada w długi. I pojawia się nagle kobieta, współwłaścicielka gabinetu fryzjerskiego, która sama ma wiele problemów rodzinnych i ze sobą samą. Jest alkoholiczką, która straciła kontakt z synem. Ale widok nieszczęścia dziewczynek i ich ojca pomaga Sharon wziąć się w garść. I mało, że sama wygrywa za sobą i ze swoimi problemami, to jeszcze mobilizuje lokalną społeczność do pomocy. Koniec jest od początku znany, wszystko jest schematyczne i proste, ale jednak kibicujemy bohaterom. Tym bardziej, że wiemy, że to historia prawdziwa i portrety rzeczywistych bohaterów opowieści realizatorzy pokażą widowni na sam koniec filmu. Ritchson dał radę roli walczącego ojca, nawet chwile załamania są bardzo przekonujące. Towarzyszy mu Hilary Swank w roli Sharon. Polecam tym, którzy lubią się wzruszać przy prostych historiach.

Robert Redford

Dziś będzie kompletnie inaczej, ale po prostu muszę. Od kiedy pamiętam jestem fanką tego pana i wszystkich jego aktywności. Był aktorem, reżyserem, artystą, twórcą festiwalu filmów niezależnych i w ogóle propagatorem kina niezależnego.

Odszedł właśnie, w domu wśród bliskich, we śnie w wieku 89 lat. Podziwiałam głęboko jego talent, kochałam urok, wdzięk i urodę złotego chłopca Hollywood. Pierwszy film z jego udziałem zobaczyłam w katowickim kinie Kosmos i było to słynne, cudowne i przewrotne „Żądło„(1973) z udziałem Paula Newmana i oprawione muzyką Scotta Joplina. Po tym pierwszym seansie uwielbiałam oglądać ten film z innymi, którzy jeszcze nie znali końcowego twista. Bardzo mnie to zawsze bawiło – rozpacz, a potem radość.
Potem starałam się zobaczyć wszystko co RR nakręcił. Nie będę tu wyliczać listy jego filmów, przypomnę te tytuły, które mi jakoś rezonują w głowie i pamięci.
I tak chcąc nie chcąc będzie to wyliczanka. Zrobił dużo, każdy wywarł wrażenie.
Po pierwsze „Obława” (1966), w którym zagrał z Marlonem Brando, była objawieniem, czas byłoby powtórzyć i zobaczyć jak to odbieram dzisiaj.
Dopiero przed kilku laty zobaczyłam jeden z jego pierwszych filmów, z gatunku zabawnych i bardzo przyjemnych „Boso w parku” (1967), w którym wystąpił z Jane Fondą. W 2017 zaś wystąpili razem w ciekawych „Naszych nocach” i fajnie porównać ze sobą te dwa obrazy. U zarania i u schylku.
Oczywiście zawsze dobrze i z uśmiechem wspominam „Butcha Cassidy i Sundance Kida„(1969), gdzie duet z Newmanem jest równie cudowny jak w „Żądle„. „Był tu Willie Boy„(1969) i „Jeremiah Johnson” (1972) to dzieła ważne, warte powtórnego obejrzenia po latach.
Romansowo-polityczne „Tacy byliśmy„(1973) czy „Wielkiego Gatsby„(1974) zawsze się dobrze ogląda. „Trzy dni Kondora„(1975) (fantastyczna scena erotyczna z Faye Dunaway) i przełomowych „Wszystkich ludzi prezydenta” (1976) widziałam kilka razy, zawsze z wielkim zachwytem.
Najważniejsze było „Pożegnanie z Afryką” (1985), które stało się moją obsesją i w pierwszym tygodniu po premierze widziałam to pięć razy. A potem jeszcze kilkanaście, mogę go zresztą oglądać zawsze i od każdej sceny. Do tego przyszła fascynacja Karen Blixen i marzenie by odwiedzić jej dom w Kenii.
Orły Temidy„(1986) bawią mnie do dziś, zwłaszcza sceny bezsennej nocy. „Niemoralną propozycję„(1993), mało znaną „Hawanę” (1990) i „Zaklinacza koni„(1998) (scena tańca jest dla mnie tak bardzo erotyczna, że bardziej nie można) mogłabym również oglądać w kółko.
Oczywiście „Więźnia Brubackera„, „Ostatni bastion” czy „Zawód szpieg” oglądałam z równą przyjemnością patrzenia na niego. Pod koniec życia zagrał w kilku znakomitych filmach. Pierwszy to „Niedokończone życie” (2005), gdzie zagrał z Jennifer Lopez. Drugi to „Wszystko stracone„(2013) o żeglarzu, który samotnie przemierza ocean i RR nie mówi ani słowa. Samotność, opuszczenie i walka z żywiołem. A o trzecim też niedawno pisałam, że to nieprawdopodobnie trafne pożegnanie z pracą aktora czyli „Gentleman z rewolwerem” (2018).
To filmy w których grał. Ale RR tez reżyserował. „Zwyczajni ludzie” (1980), za którego dostał Oscara za najlepszy film, „Rzeka życia” (funkcjonuje też jako „Rzeka wspomnień„, 1992), „Ukryta strategia” (2007) czy „Reguła milczenia” (2012).
Zostawił po sobie żal i smutek, ale zostały filmy, którymi możemy się pocieszać po stracie. Patrzeć na złotego chłopca z łobuzerskim uśmiechem, na który łapali się chyba wszyscy.