Ptaszek na uwięzi

Jest kilka filmów z lat 80. i 90., które wspominam z sentymentem. Dobrze się przy nich bawiłam i przypominam sobie dobry nastrój w trakcie i po seansie. Takim właśnie filmem jest obraz z 1990 roku wyreżyserowany przez Johna Badhama, o którym dziś piszę. Reżysera znamy z wielu, naprawdę wielu znakomitych seriali i świetnych filmów, jak choćby ze słynnych „Ulic San Francisco”, „Gorączki sobotniej nocy”, „Błękitnego gromu”, „Zabójczych umysłów” czy „Nie z tego świata”.
„Ptaszka…” obejrzałam przed laty z kasety wideo z wypożyczalni (zabawne, c’nie?), a teraz do oferty włączył go Netflix. I dobrze zrobił, bo ten film nadal ma ten klimat. Bohaterem jest Rick Jarmin, który objęty jest procedurą ochrony świadków przez FBI, bo przed laty pomógł złapać bandziorów. Właśnie jeden z bandytów sprzed lat wychodzi z pudła z zamiarem odegrania się na Ricku, a nasz bohater nagle zostaje rozpoznany przez swoją byłą dziewczynę. No i zaczyna się pogoń i ucieczka. Zwiewa Rick, ale przez przypadek towarzyszy mu właśnie była dziewczyna Marianne, która z byłej powoli staje się obecną, bo stara miłość nie rdzewieje. Zwariowane tempo, świetne zdjęcia i pomysły, dobra muzyka. No i wtedy młodzi i piękni: przede wszystkim Mel Gibson i Goldie Hawn, naprawdę zgrany uroczy duet, a towarzyszy im w charakterze pościgu i tego złego David Carradine (nigdy nie był piękny, nawet gdy był młody). Pojawia się także Stephen Tobolowsky w jak zwykle niezbyt pozytywnej roli.
Znakomity pomysł na spędzenie wieczoru, film nie jest głupi i nic nie stracił na atrakcyjności, ogląda się naprawdę fantastycznie. Luzik.

Broad Peak

Wpuszczony właśnie na platformę Netflix, film Leszka Dawida („Jesteś Bogiem„czy „Ki„), o wyprawie czołowych polskich wspinaczy w góry Karakorum w 1988 roku, a także dopełniających historię wydarzeniach z 2013 roku, jest filmem ….. filmowym. Bardzo filmowym. Widowiskowym, ze znakomitymi zdjęciami i rewelacyjną muzyką. Fajnie dobrana obsada (Ireneusz Czop, Piotr Głowacki, Łukasz Simlat, Tomasz Sapryk czy nawet Dawid Ogrodnik) robi co może, ale. No właśnie. Niesamowite jak można nakręcić film, w którym widz nie doświadczy żadnych emocji. Żadnych. Ogląda się to jak nieme obrazki w albumie znalezionym na strychu. I to obcego domu. Twarze niby znajome, historia znana z opowieści ale jakoś kompletnie nas nie rusza. Ani przygotowania, ani wysiłek w górach, ani problem z uznaniem zdobycia góry, ani nawet samo końcowe zdobycie i problem z powrotem na dół. Żadnego kibicowania, żadnego współczucia, żadnego zrozumienia postaw himalaistów. Nawet sceny prywatne rodziny Berbeków są jakieś takie zza szyby. Mam wrażenie, że i na aktorach to też nie budziło żadnych emocji.
Warto obejrzeć, ale wyłącznie ze względu na miejsce filmowania. Widoki są cudowne, jedyne w swoim rodzaju. Choć nie potrafię zrozumieć tego, po co tam wchodzić. Ale cóż, każdy ma swoją pasję, nie wszystkie muszę rozumieć.

Zadzwoń do Saula

Nareszcie udało mi się obejrzeć coś, co z założenia miało być spin-offem „Breaking Bad„, a stało się prequelem i sequelem tego serialu. I pozwala na zupełnie inne spojrzenie na perypetie dwóch producentów i sprzedawców mety. Saula Goodmana poznaliśmy jako prawnika Walta White’a i Jesse Pinkmana już w drugim sezonie BB, a Vince Gilligan i Peter Gould postanowili wykorzystać tak świetnie zapowiadającą się postać do stworzenia nowej opowieści. Poszli jednak dalej. Od 2015 do 2022 roku powstało 6 sezonów (w sumie 63 odcinki) tak dobrej historii, że nie można się oderwać. Zaczyna się to jako opowieść o ambitnym i bardzo inteligentnym facecie, któremu nie wystarcza praca pocztowca w firmie prawniczej brata Charlesa. Jimmy McGill po ukończeniu dosyć słabych studiów prawniczych postanawia dorównać znanemu i podziwianemu bratu, ale charakteryzuje go niekonwencjonalne podejście do prawa i przeprowadzania spraw. Nie do końca zawsze zgodne z prawem. Do tego Jimmy ma niesamowitą zdolność do nawiązywania kontaktów z ludźmi, wielki dar przekonywania i talent oratorski. Ma „gadane” jak mało kto. W rozwoju osobistym, a także kariery, towarzyszy mu parę bardzo ciekawych postaci. Przede wszystkim Kim Wexler, która z koleżanki z pracy staje się towarzyszką życia i wspólniczką. Poznajemy brata, Charlesa zwanego Chuckiem, dotkniętego dziwną przypadłością, która powoduje wiele interesujących zwrotów akcji, wiele wyjaśnia i jeszcze więcej komplikuje. Poznajemy wspólnika Chucka, eleganckiego Howarda Hamlina. Pojawiają się też postacie znane z BB, takie jak były glina Mike Ehrmantraut, Ignacio (Nacho) Varga, szef pizzerii Los Pollos Hermanos Gustavo (Gus) Fring, Tuco Salamanca i Hector Salamanca, Victor, Hank Schrader, a nawet Jesse Pinkman i Walt White. Wszystko jest logiczne, zaskakująco opakowane, fantastycznie poprowadzone i rewelacyjnie zagrane. Bob Odenkirk w roli Jimmy’ego/Saula, to rola jego życia, już niczym nie przebije siebie. W roli Kim wystąpiła Rhea Seehorn, Chucka zagrał Michael McKean, Howardem stał się Patrick Fabian. Jestem zafascynowana tym, co ze swoimi rolami zrobili Jonathan Banks (Mike), Giancarlo Esposito (Gus), Tony Dalton (Lalo) i Michael Mando (Nacho). Ta czwórka wygrała każdy pozytywny rys tych czarnych (lub czerniejących dopiero) charakterów z niesamowitą subtelnością i dużym wdziękiem. Patrzenie na ciepły uśmiech przystojnego Esposito i natychmiastową zmianę w zimnego, bezlitosnego bandziora powoduje ciarki na plecach. Dawno, naprawdę dawno nie widziałam tak dobrego serialu. I zostanie w pamięci na półce koło „Rodziny Soprano” czy „Sześciu stóp pod ziemią„.

Ennio

Giuseppe Tornatore, wielbiciel kina, stworzył niezwykłe dzieło poświęcone jednej wielkiej postaci. To film nie dla wszystkich, to obraz dla znawców muzyki, zwłaszcza wiernych fanów muzyki filmowej oraz dla znawców kina. Dokument, który właśnie przemyka przez ekrany kin, poświęcony jest jednemu z najbardziej znanych kompozytorów muzyki filmowej, wielkiemu Ennio Morricone.
Przez dwie i pół godziny mamy okazję przebywać w towarzystwie kompozytora, który opowiada nam o swoim życiu, pracy i trudnej sztuce tworzenia. Robi to jednak z taką lekkością i prostotą, że z fascynacją słuchamy historii związanych z konkretnymi ludźmi i filmami.
Opowieści Ennio uzupełniane są rozmowami z reżyserami: z samym Tornatore, z którym stworzył „Cinema Paradiso„, z kolegą ze szkoły Sergio Leone, z którym wspólnie tworzyli spaghetti westerny, Roland Joffe z jego „Misją„, Stone, Bertolucci, Tarantino, Eastwood, Malick, Levinson.
Słyszymy kompozytorów, równie znanych jak Ennio takich jak Hans Zimmer czy John Williams. Wreszcie mówią i muzycy: Pat Metheny, Bruce Springsteen, James Hetfield (Metallica), Joan Baez, Quincy Jones, Zuccero…. Całość oprawiona jest bardzo bogato cudowną muzyką, którą znamy.
Fenomenalny obraz fantastycznego kompozytora muzyki filmowej, który miał 6 nominacji do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej, ale dostał jednego honorowego za całokształt twórczości (2007 r.) i tylko jednego za „Nienawistną ósemkę” Tarantino (2016 r.). To, że nie dostał za „Misję” jest moim zdaniem skandalem, tym bardziej, że przegrał w 1986 roku z Herbie Hanckokiem za muzykę do filmu „Około północy” Bertranda Taverniera, o którym to filmie mało kto pamięta.
Szkoda też, że w dokumencie nie wspomniano jego muzyki do filmu „Zawodowiec” Georges’a Lautnera z 1981 roku z Jean-Paulem Belmondo,
która tak wzniośle i wzruszająco zabrzmiała na pogrzebie tego aktora.
Ale z drugiej strony Morricone stworzył tak wiele cudownych motywów, że trudno w takim filmie wymienić je wszystkie i zawsze czegoś zabraknie.

Top Gun: Maverick

W 1986 roku Tony Scott zrealizował świetny (i już do dziś owiany legendą) film „Top Gun” z młodziutkim, dopiero zaczynającym karierę Tomem Cruise’m, Valem Kilmerem, Anthony’m Edwardsem (dr Greene z „Ostrego dyżuru„), Kelly McGillis, Meg Ryan i paroma innymi świetnymi aktorami. Choć dostał tylko Oscara za piosenkę (Berlin: „Take Your Breath Away„), opowieść o najlepszej szkole latania zdobyła widownię na całym świecie. I po 36 latach otrzymaliśmy ciąg dalszy historii, którą zrealizował w 2022 roku Joseph Kosinski („Niepamięć„). W planach przy tworzeniu filmu brano pod uwagę wyreżyserowanie tego przez Tony’ego Scotta, niestety ten popełnił samobójstwo.
Mam uczucie jakby scenariusz tej drugiej części historii powstał zaraz po pierwszej, bo całość opowieści jest bardzo zwarta, logiczna i sensowna. Otóż bohater, którego znowu gra Tom Cruise, kapitan Pete „Maverick” Mitchell, wraca do szkoły pilotów by przygotować ekipę do bardzo ryzykownej, prawie niemożliwej misji. Trafia na swoich kolegów, a także na synów byłych towarzyszy lotów. Zmieniły się czasy, sprzęt, warunki, ludzie. Maverick, mimo upływu lat i dojrzałości, został tym samym niepokornym, brawurowym i bardzo odważnym pilotem. Ma w pamięci ciągle „Goosa”, podporucznika Nicka Bradshawa, partnera z kokpitu, o którego śmierć się obwinia i dlatego nie odpuszcza młodszej wersji kumpla.
Ze starej ekipy pojawia się także Val Kilmer, w jednej skromnej scenie, co – zważywszy na ciężką chorobę, na którą cierpi (rak krtani) jest warte podkreślenia. Tym bardziej, że jedyną kwestię wygłosił własnym głosem, nie za pomocą symulatora. Poza tym pojawili się Ed Harris, Jon Hamm, Jennifer Connelly i znakomity w roli „Roostera” Miles Teller („Whiplash„).
Filmowo te 2h i 11 minut jest warte każdego dolara. Akrobacje zrobione są na najwyższym poziomie, a montaż tak skuteczny, że widz nie wie, które efekty są stworzone komputerowo. W sumie dostaliśmy obraz bardziej dojrzały, bardzo dobrze się ogląda ten podniebny pokaz ludzkich możliwości i odwagi.

Gdzie śpiewają raki?

Książkę napisaną przez Delię Owens dostałam do ręki w poniedziałek przed południem, wieczorem miałam ją już za sobą. Świetnie napisana, trzyma mocno. Nawet miałam syndrom odrzucenia – tak nazywam długie rozstawanie się z bohaterami książki, która mnie jakoś poruszyła. Dlatego też, gdy dowiedziałam się, że ekranizacja właśnie weszła na ekrany kin (w piątek) i że Reese Witherspoon jest producentką (ma nosa, co już wielokrotnie udowodniła), poszłam prawie natychmiast (w sobotę). Nie żałuję ani chwili, to bardzo wierna adaptacja zrealizowana w tym roku przez Olivię Newman. I to, co mogło nużyć przy czytaniu – długie opisy fauny i flory – przy oglądaniu na dużym ekranie jest atutem. Tym bardziej, że i zdjęcia są piękne i opowieść sfilmowana znakomicie. Jest to historia samotnej, porzuconej i opuszczonej przez wszystkich (no, prawie, ale można ich policzyć na palcach jednej ręki) bystrej i uważnej obserwatorki życia na moczarach. Oraz tajemniczej śmierci miejscowego sportowca, przystojnego playboya z dobrego domu. Niby kryminał, ale opakowany bardzo oryginalnie. Zagrany bardzo dobrze przez nieznanych mi bliżej aktorów: Daisy Edgar-Jones, Sterling Macer Jr, Michael Hyatt, Taylor John Smith czy Harris Dickinson . Jedyne znane aktorskie nazwisko to David Strathairn, który zagrał obrońcę Kyi. Bardzo piękna i ciepła postać. Polecam gorąco, zwłaszcza wielbicielom przyrody i intrygujących, tajemniczych historii, które znajdują rozwiązanie w ostatnim kadrze.

Śniadanie na Plutonie

Ostatnio, gdy żegnałam się już z ostatnim sezonem „Peaky Blinders” (pisałam już o tym serialu) pomyślałam, że fajnie byłoby przypomnieć sobie wcześniejsze występy jego gwiazdy. Cillian Murphy, bo to o nim myślę, dorobił się już całkiem niezłego dorobku, ale sądzę, że najfajniejszym filmem z jego udziałem był (i nadal jest) obraz Neila Jordana z 2005 roku. Właśnie, najfajniejszym. Bo film, mimo, że nie jest to gładka i głupawa komedia, powoduje coś takiego w odbiorcy, że cały czas się uśmiecha. Sama fabuła jest prosta: transseksualista wyjeżdża z małego miasteczka w Irlandii do Londynu w poszukiwaniu matki, która go porzuciła. Spotykają go mniejsze i większe przygody, tym bardziej, że mamy lata 70., a więc i konflikt brytyjsko-irlandzki w Belfaście. Ale barwny Patrick Kitten Braden uwodzi wszystkich, łącznie z zachwyconą widownią. Jest rozbrajająco niewinny, choć twardy i silny w swoich postanowieniach. Cillianowi towarzyszy wielu świetnych aktorów, że wymienię takich jak Liam Neeson, Stephen Rea, Brendan Gleeson, Gavin Friday czy Dominic Cooper. Znakomite role, znakomita scenografia. Do tego wszystko jest rewelacyjnie opakowane muzyką i piosenkami z lat siedemdziesiątych, łącznie z „Children of the Revolution” Marca Bolana i jego zespołu T. Rex. Pierwsze kadry filmu to początek największego przeboju brytyjskiej grupy The Rubettes „Sugar Baby Love” (piosenka zaczyna się krzykiem wokalisty, a na ekranie mamy rodzącą kobietę), a koniec filmu zakończony jest właśnie tekstem tegoż:
„…People, take my advice
If you love someone
Don’t think twice
…”
Polecam, nawet jak tylko myślę o tym filmie, to się uśmiecham. Jeśli znacie – warto sięgnąć ponownie.

Purpurowe serca

Nie jest to wielkie osiągnięcie filmowe, film Elizabeth Allen Rosenbaum jest jednak dostatecznie dobrze zrealizowany by zaspokoić gusta całkiem sporej grupy widzów. Zwłaszcza w sezonie ogórkowym, porze letniej, gdy widz nie ma siły ani ochoty roztrząsać wielkich filozoficznych problemów i nie ma specjalnej ochoty kopać w sieci w poszukiwaniu rzeczy ambitnej. Przynajmniej trochę.
Historia prosta jak budowa cepa: młoda i urocza para, on marine a ona piosenkarka dorabiająca w barze kelnerowaniem, która – każde z osobna – mierzy się z dużymi problemami finansowymi, postanawia wziąć lipny ślub, by je rozwiązać. Bo marines dostają różne dodatki np. mieszkaniowe, rozłąkowe itd. tym bardziej, że chłopak będzie wysłany do Iraku. Ale żeby nie podpadło, zwłaszcza w oczach ojca żandarma, trzeba trochę poudawać miłość i chęć bycia ze sobą do grobowej deski. Bo inaczej czeka zwrot kasy, a może i więzienie za wyłudzanie pieniędzy.
I z tego co czytam, widownia dzieli się na zachwyconych i tych tylko lekko krytycznych. Wcale się nie dziwię, bo to opowieść z gatunku tych, których rozwój i koniec znamy od samego początku. I prawie nic nas nie zaskakuje, niestety, ale ogląda się bardzo dobrze. Zwłaszcza, że i para naprawdę malownicza – Sofia Carson i Nicholas Galitzine – a do tego i trochę zabawna. Chemię czuć. Muzyka pani początkującej piosenkarki całkiem sympatyczna, a czasem i wzruszająca. Bo teksty panienka pisze sama, co jest niezłym dodatkiem do rozwijającego się uczucia naszych bohaterów. Polecam, lekko, choć nie do końca, bo w końcu „Purple Heart” to nazwa orderu za bohaterstwo dla rannych lub zabitych na polu walki Amerykanów.

Powodzenia, Leo Grande

To film o tym, jak trudno nam wyjść z ram, w które nas wtłoczyło wychowanie. O tym, że trzeba mieć dużo odwagi i determinacji, by podjąć próbę poznania siebie i swoich potrzeb. Zwłaszcza, gdy jest się już w wieku dojrzałym i często niczego już nie chcemy zmieniać, twierdząc, że już jest zbyt późno. Ale lepiej czegoś spróbować i się zawieść, niż umierając żałować, że się tego nie zrobiło.
Bohaterką tego świetnego filmu jest bardzo dojrzała kobieta, Nancy, która od dwóch lat jest wdową. Jej mąż był jej jedynym mężczyzną i nigdy nie zaznała prawdziwych wzruszeń w łóżku. Mąż nie był mistrzem seksu, mało go interesowało zaspokojenie żony i jej potrzeby, przez 30 lat małżeństwa odbębniał swoje i usypiał. Ona sama, katechetka i nauczycielka, zbyt wciśnięta w ramy tzw. przyzwoitej kobiety, nie miała nigdy odwagi walczyć o swoje. Dopiero teraz, gdy odpadły wszelkie moralne problemy związane ze zdradą, gdy już naprawdę poczuła się wolna, postanowiła spróbować naprawić choć trochę swoje zaniedbane życie erotyczne. Wynajmuje sex-workera, młodego mężczyznę, który zajmuje się zaspokajaniem erotycznych potrzeb innych. Leo jest dobrze wychowanym, eleganckim i bardzo kulturalnym przystojnym facetem, który dostrzega opory i zahamowania Nancy. Powoli, taktownie, bez napięć i wielkim szacunkiem uczy ją tego, by umiała się rozluźnić, polubić swoje bardzo dojrzałe ciało i by seks stał się wreszcie dla niej źródłem radości, czymś niezwykłym. Świetny film, zagrany fantastycznie przez dwójkę znakomitych aktorów: bardzo dobrze znaną i niezwykle odważną Emmę Thompson oraz młodego Daryla McCormacka, który nie ustępuje jej ani na jotę. Ten duet zajmuje cały czas i cały ekran, film jest bardziej teatralny niż filmowy, całość bowiem dzieje się prawie wyłącznie w pokoju hotelowym, który służy za miejsce spotkań. Sophie Hyde, która ten film wyreżyserowała, postawiła na klimat czuły, bliski, pełen taktu i zrozumienia. Bardzo, bardzo polecam ten film, zwłaszcza kobietom. Pozwala sobie uświadomić, gdzie jesteśmy i czy mamy odwagę walczyć o orgazm. Zwłaszcza z własnymi kompleksami czy ograniczeniami wynikających z wychowania.

Gray Man

Bracia Russo, Joe i Anthony, właśnie wpuścili na Netflix swój najnowszy film (premiera dopiero co, bo 22 lipca 2022 roku). Portal postanowił zaszaleć i władował w to przedsięwzięcie wielką kupę kasy i 122 minuty pogoni za tajnym agentem CIA do specjalnych zadań, zw. Szóstką, jest spektakularnie szybkie i brawurowe. W gruncie rzeczy oprócz walk (na pięści, noże i broń każdego kalibru) i pościgów przez prawie cały świat (Bangkok, Baku, Chorwacja, Singapur, Waszyngton czy biedną spaloną ziemię w czeskiej Pradze) film jest wydmuszką. Świetnie zrealizowanym, znakomicie sfilmowanym, naszpikowanym rewelacyjnymi pomysłami technicznymi i widowiskowymi, ale bez głębi i zbytniej logiki, jajem z niespodzianką. Ogląda się naprawdę dobrze, bo do głównej roli – czyli tej jajowej niespodzianki – zaangażowano nieznanego w tym typie ról Ryana Goslinga. O dziwo, znalazł się w tym całkiem nieźle, twarz pokerzysty jest zachowana przez calutki morderczy czas. W roli mentora pojawia się Billy Bob Thornton, największego wroga zagrał nijaki Chris Evans, szefa Szóstki gwiazda serialu o Bridgertonach Rege-Jean Page, a damskie wsparcie agenta zagrała piękna i przekonująco sprawna, przećwiczona zresztą w ostatnim Bondzie, Ana de Armas. W letni, gorący wieczór ogląda się to dobrze i co najważniejsze – szybko. A w głowie zostaje kilka scen jak te gorące chwile w praskim tramwaju czy próby złapania spadochronu w locie. I tak naprawdę mam ochotę obejrzeć to jeszcze raz.