Projekt Hail Mary

Trochę czasu upłynęło zanim obejrzałam to tegoroczne dzieło panów Phila Lorda i Christophera Millera. Panowie dokonali adaptacji książki Andy Weira, której nie znam niestety, ale to, co na ekranie, choć nieco niespieszne, pochłania widza całkowicie i do końca. Wszędzie dookoła w recenzjach i opiniach widziałam zachwyt, trudno było w to uwierzyć, zwłaszcza gdy ta historia rozwija się bardzo powoli. Ale to film dla cierpliwego widza, efekt wynagradza pewne początkowe chwile znudzenia. To taka mieszanka „Marsjanina” i „E. T.” Bohater, Ryland Grace, budzi się na statku kosmicznym i nie pamięta nic. I odkrywa powoli po co i dlaczego leci daleko i co od niego zależy. A zależy ogrom, wierzcie mi, to naprawdę wyzwanie utrzymać przy życiu całą Ziemię. Trudno mówić o tym filmie nie zdradzając zbyt wiele, mogę tylko powiedzieć, że jest wizualnie znakomity, dialogowo zabawny, ironiczny i mimo grozy bardzo optymistyczny. Aktorsko też nie można narzekać, bo mamy na ekranie przez calutki czas Ryana Goslinga, a w epizodzie pojawia się Sandra Huller. No i Rocky, który aktorsko wymiata. I w każdym innym aspekcie też.
To naprawdę piękny film i też będę się nim zachwycać. I zachęcać do obejrzenia.
Nic słodszego już nie zobaczycie.

Proud

Nie lubię czekać na kolejny odcinek serialu, dlatego startuję z oglądaniem gdy cały sezon jest już w streamingu. I jak się okazuje, słusznie, bo ten serial, o którym dziś piszę, jest taki, że po raz pierwszy wszystkie 8 odcinków obejrzałam cięgiem. Bo jak tu przerwać oglądanie, gdy jedna baba (BTW znakomita Tamara Arciuch) z opieki wygłasza płomienne przemówienie o tym, że w tym kraju nikt gejowi nie powierzy dziecka a główny bohater każe się jej zamknąć? Albo jak czekać do następnego odcinka, gdy sąsiadka (równie fantastyczna Maja Ostaszewska) pomaga bohaterowi zwiać? Ten serial to historia chłopaka, nieledwie mężczyzny. Przystojny rozrywkowy gej pracujący w modelingu, cieszy się powodzeniem i płynie na tym beztrosko, bo kasy i okazji do imprezowania nie brakuje. Poza siostrą nie ma nikogo, ojciec ich porzucił a matka umarła, przez co trafili do domu dziecka. Wspierają się i w chwili niespodziewanej śmierci siostry Filip zostaje sam z roczną siostrzenicą. I serial jest właśnie o tym: o dojrzewaniu. Obserwujemy jak z rozwydrzonego króla życia Filip staje się odpowiedzialnym tatą dla małej Tosi. Jak staje się mężczyzną. Jak zaczyna mu się w głowie wszystko układać i jak walczy o siebie i Tosi przyszłość. Łatwo nie ma, to, że jest gejem wcale mu nie pomaga. Ma przyjaciół, pojawia się nawet miłość, ale to w dzisiejszej Polsce nie wystarczy. Wydaje mi się, że zakończenie sezonu jest wróżbą na dalszą walkę.
Przyznam się, w sekwencji podróży nad morze bałam się o chłopaków. Nie o Tosię, wiedziałam, że  nic jej nie grozi i jest bezpieczna. Że dbają o nią. Bałam się o to, że ktoś chłopakom zrobi krzywdę, gdy zobaczy, że się przytulają i całują. Tym bardziej, że Filip nie z tych, którzy się ukrywają, jest szczery i otwarty. To także opowieść o szansie, jaką niesie życie i o tym, czy z niej skorzystamy. I czy potrafimy się zmienić dla dobra kogoś innego. Świetny serial, znakomita obsada. Trzeba zacząć od Malutkiej, w roli Tosi cudowna Alicja Lewczuk. Dookoła niej pojawiają się między innymi (poza wymienionymi wyżej Arciuch i Ostaszewską): Ignacy Liss w roli Filipa, Kamil Studnicki, Maria Sobocińska jako Kiki, Mateusz Więcławek, Paweł Tomaszewski, Piotr Pacek, Joanna Kulig jako walcząca pani adwokat oraz niezrównana Dorota Kolak w roli babci Tosi. Fantastyczny temat, świetnie poprowadzona historia, bardzo dobra realizacja.

Odyseja

Wydawałoby się, że wybitny reżyser Christopher Nolan wybrał się z motyką na słońce, gdy postanowił zekranizować „Odyseję” Homera. Nie czarujmy się, dzieło co najmniej nudne dla współczesnego czytelnika, a co dopiero widza. Ale ten epos grecki został tak pięknie przez Nolana przeczytany i pokazany, że ta wiecznie aktualna historia traci swą patynę i jest w stanie trafić do dzisiejszych młodych widzów. Odkryta, odnowiona, uwspółcześniona. To film o nas nie zawsze szlachetnych, o miłości, o niemożności powrotu, o samotności, o wierności, o końcu naszego świata, o traumie wojennej. A to jak to zostało zrealizowane przez Christophera Nolana to tak właśnie należy trafiać pod dzisiejsze strzechy, do dzisiejszego widza. Mitologiczne postacie muszą wyglądać jak z uniwersum Marvela czy innych bohaterów współczesnych opowieści, a realizacja jak gry komputerowe. By antywojenne manifesty nie brzmiały jak nawoływania nauczyciela ex katedra, a pokazywały jak niszczone autorytety (tu świętości) powodują upadek cywilizacji.
Można dyskutować ile Homera w Nolanie i na odwrót, ale efekt jest. Udało się nakręcić fantastyczny film, który mimo, że treść znana i trwa aż trzy godziny, to jednak trzyma za gardło i nie puszcza ani na chwilę. Rewelacyjny pomysł na narrację, która się nie rwie i nie nudzi. Fantastyczna realizacja i naprawdę znakomita gra wszystkich aktorów. Aż głupio wymieniać nazwiska, bo każdy z nich jest równie świetny i każdy z nich wart oddzielnej wizytówki. Ale może choć kilka: Matt Damon jest niesamowitym Odyseuszem, mądrym, dzielnym i wytrwałym. Robert Pattinson kolejny raz pokazał, że umie grać, a nie jest wyłącznie przystojny. Wyrasta na wielkiego aktora. Elliot Paige zaskakująco męski w męskiej roli najdzielniejszego żołnierza spod Troi, postaci zabranej z „Iliady”. Anne Hathaway, Zendaya, Charlize Theron, Lupita Nyong’o poza urodą wnoszą siłę swoich talentów i kompletnie bez sensu jest dyskusja o kolorze skóry Heleny. Tak jak kompletnie od czapy jest dyskusja o hełmach Greków czy Spartan, to w całej tej historii nie ma znaczenia a jest wyłącznie czepiactwem.
I jeszcze jedno, ale dla mnie ważne : Nolan jest psiarzem, co wnioskuję po jednym cudownym machnięciu ogona konającego Argosa.

Ranczo Duttonów

I wreszcie jest. Ostatni z zapowiedzianych spinoffów „Yellowstone” pojawił się w całości. Wszystkie 9 odcinków pierwszego sezonu opowieści o Beth Dutton i Ripie Wheelerze po tym, gdy ziemia Johna po 140 latach wróciła do pierwotnych właścicieli, już do obejrzenia na SkyShowTime. Podoba mi się bardzo, klimat zachowany jest, choć bohaterowie po wielu perypetiach wynieśli się z Montany i osiedli w Teksasie. I z górzystego, zielonego, różnorodnego krajobrazu przenieśliśmy się do pustynnego i gorącego. Sam Rip mówi, że brak mu gór, horyzont rzeczywiście jest bardzo monotonny. Razem z Carterem, Beth i Rip, próbują sobie ułożyć spokojne życie. Ale w Rio Paloma, gdzie w końcu kupili ziemię, rządzi niepodzielnie rodzina Jacksonów, na której czele stoi twarda Beulah. Dojrzała, piękna, elegancka trzyma twardą ręką rodzinę, a zwłaszcza dwóch synów: niepokornego Rob Willa i Joaquina zw. Kino.
Męczące jest tylko to, co było już w „1923„, a teraz jest powielane. Otóż znowu na bohaterów spadają wszystkie możliwe plagi egipskie. Do tego nie jest prosto znaleźć się na obcej ziemi, ale pracowity Rip i sprytna Beth dają radę. Nawet z problemami, które powoduje dojrzewający Carter.
Obsada jest jak to w całym uniwersum „Yellowstone” naprawdę wyszukana. Poza Kelly Reilly, Cole Hauserem i Finnem Little mamy Annette Bening w roli Beulah, a poza nią pojawia się weterynarz (i nie tylko) w wydaniu cudownego Eda Harrisa.
Bardzo lubię tych aktorów i czekam na ciąg dalszy, bo Beth i Rip to moi ulubieni bohaterowie tego uniwersum.

Ci, którzy życzą mi śmierci

Tak właściwie to piszę o tym filmie z obowiązku, bo obejrzałam chyba wszystko w czym maczał palce Taylor Sheridan, no więc i tego też nie mogę pominąć. Ten film wyreżyserował w 2021 roku, a więc w trakcie prac nad „Yellowstone” i całym związanym z tym uniwersum. I to widać, że wysiłek twórcy skierowany jest gdzieś indziej, a ta historia, pomimo potencjału, jest słaba i trochę zrobiona na odpieprz. Historia chłopca, który jest świadkiem dramatycznych wydarzeń i ma do wypełnienia ważną misję oraz strażaczki, która ma wyrzuty sumienia po poprzedniej traumatycznej historii związanej właśnie z nieletnimi, jakoś się słabo wiąże i beznadziejnie toczy. Wizualnie świetnie zrealizowane, pożary znakomicie się filmują, budzą grozę i napięcie. Ucieczka przed prześladowcami w takich warunkach może być bardzo dramatyczna, tym bardziej, że prześladowcy są zdeterminowani i zdecydowani na wszystko. Do tego dochodzi znakomita obsada: w roli strażaczki sama Angelina Jolie, towarzyszą jej Jon Bernthal, Aidan Gillen czy Nicholas Hoult. W roli chłopca, Connora, wystąpił Finn Little , którego potem Sheridan zatrudnił w „Yellowstone” do roli Cartera Greena. I słusznie, bo z całego tego pożarowego filmu tylko on naprawdę się przyłożył do roli, tylko on się naprawdę przejmuje sytuacją bohaterów. Film jest bardzo nietypowy dla Taylora Sheridana, o twórcy przypomina wyłącznie jedna scena spotkania Connora z koniem. Tego w pracy tego pana nie mogło zabraknąć. To jak podpis, sempel, wizytówka.
Film można spokojnie oglądnąć, krzywdy nie robi i może się podobać. Pod warunkiem, że nie będziemy zbyt dociekliwi i marudni.

Ray Donovan

Znowu serial, cóż poradzę, że stałam się ich fanką. Powstawał od 2013 roku i do 2020 roku powstało 7 sezonów (sześć sezonów po 12 odcinków i ostatni liczący tylko 10). I więcej nie będzie. Autorką scenariusza jest Ann Biderman, laureatka nagrody Emmy, w przeszłości stworzyła m.in. znakomitych „Nowojorskich gliniarzy” i rewelacyjny „Lęk pierwotny„.
W serialu, o którym dziś piszę, mamy historię zwichrowanej rodziny irlandzkich katolików z Bostonu. Matka nie żyje od dawna, ojciec Mickey Donovan właśnie wychodzi z pudła na warunkowe po 20 latach odsiadki. Całe życie na wolności zajmował się narkotykami i stręczycielstwem, rzadko udzielał się rodzinnie i jego trzech (a jak się wkrótce dowiemy czterech, w tym jeden czarnoskóry, co również ma znaczenie w tej historii) synów od zawsze radziło sobie jak mogło. Chłopaki mają za sobą życie pełne traum: śmierć matki, samobójstwo siostry, opieka przez księdza, który ich molestował. To wszystko wyłazi po latach, a my obserwujemy ich w bardzo dorosłym życiu. Wszyscy mieszkają w Los Angeles, a opiekunem całej rodziny jest najbystrzejszy Ray, który jest człowiekiem od każdej roboty, w której czyści problemy w jakie wpadli celebryci. Ma dwoje współpracowników (Avi i Lena) i z ich pomocą sprząta teren po orgiach, tuszuje wyskoki po alkoholu i narkotykach czy usuwa z drogi niewygodnych konkurentów. Wachlarz usług jest prawie nieograniczony, Ray jest niezawodny, co za tym idzie bardzo drogi i nie każdego na niego stać. Ale to też powoduje, że Ray jest w stanie opiekować się swoją rodziną (ma żonę Abby i dwójkę dorastających dzieci) oraz braćmi. Jeden z braci, Brendon zwany przez wszystkich Bunchy, jest najbardziej straumatyzowany po przejściach z księdzem, swoje problemy topi w alkoholu i generalnie sprawia wrażenie niezbyt rozgarniętego. Drugi z braci ma Parkinsona, jest bardzo samotny, ale prowadzi z sukcesami klub bokserski. „Fite Club”, który ufundował chłopakom Ray, jest schronieniem dla nich wszystkich. I tu pierwsze kroki kieruje tatuś Mickey po wyjściu z pudła. To wstęp do całej opowieści, a właściwie wielu historii, które poznajemy w miarę rozwoju akcji. Postacie są świetnie zarysowane i rewelacyjnie zagrane. Bunchy (Dash Mihok) rozwala swoją nieporadnością i emocjami. Terry (Eddie Marsan) wzrusza swoim sercem i tym wyobcowaniem. Abby (Paula Malcomson) denerwuje swoją dobrocią, naiwnością, wiarą w męża ale wynagradza to bezpośredniością, a także porusza prawdziwym podejściem do choroby i cierpienia. Lena (Kate Moennig) i Avi (Steven Bauer) wzruszają wiernością i oddaniem. Ale największe brawa należą się dwóm głównym aktorom tej sceny. Jon Voight, którego Mickey jest tak wkurzający, że cały czas mam ochotę czymś rzucić w ekran. A równocześnie jakoś rozumiem jego sposób myślenia i działania, przede wszystkim jego dobre chęci i pokręcony sposób pojmowania rzeczywistości. A samego Jona Voighta podziwiam za odwagę i dystans, to fenomenalnie zagrana postać.
Ale najwspanialszy, obecny zresztą cały czas na ekranie jest Liev Schreiber (znakomity aktor z polskimi korzeniami  i reżyser genialnego „Wszystko jest iluminacją„). Jego Ray, pozornie nieprzenikniony, tajemniczy, niedostępny, twardy i odważny na granicy brawury, pokazuje swoją bardzo ludzką twarz. Świetny ojciec i nie zawsze wierny, choć kochający mąż. Zwłaszcza widać to w sezonie piątym, gdzie cały jest jednym wielkim bólem i rozpaczą. Wzruszający, dobry, chwilami ciepły, bezwzględny tylko w wyjątkowych sytuacjach. Niesamowita rola. Poza tym w serialu pojawia się wiele znajomych twarzy i te epizodyczne role to też perełki. Tak na przykład w serialu wystąpiły takie gwiazdy jak Susan Sarandon, Hank Azaria, Elliott Gould, Wendell Pierce, Katie Holmes, Zach Grenier, Ian McShane, Sherilyn Fenn, Lisa Bonet, James Woods, Ted Levine, Alan Alda czy Ann Margret. W sumie to dobrze się to wszystko ogląda, choć przed kilku laty po pierwszym odcinku zarzuciłam tę opowieść na parę lat, dopiero teraz odkryłam ponownie i nie żałuję. Dobre jest. Może trzeba dojrzeć?

Marshals: Historia z Yellowstone

Jako wierna widzka wszystkiego, co związane z uniwersum „Yellowstone” oraz efektów pracy Taylora Sheridana, cierpliwie czekałam na ostatni odcinek, by móc obejrzeć całość od razu. Już nie lubię oglądać seriali w starym systemie czekania na odcinek, zdecydowanie wolę kilkudniowe maratony w jednym towarzystwie. Ten spinoff skupia się na dalszym życiu najmłodszego syna Johna Duttona. W ostatnim odcinku „Yellowstone” Kayce sprzedał ziemię ojca Thomasowi Rainwaterowi, w cenie półtora dolara za akr, w cenie, za którą siedem pokoleń wcześniej przodek Duttonów kupił ten teren od żyjących tam Indian. Za to Wódz obiecał dbać o groby pochowanych białych, którzy tak jak prawowici mieszkańcy, przelewali krew za ten zakątek. Do tego Kayce z rodziną zatrzymał kawałek ziemi, by mógł się z niej utrzymać. Niestety, w pierwszym roku wolności i życia na swoim, Kayce traci żonę i zostaje sam z synem Tate. Dołącza do oddziału US Marshals i zaczyna walczyć z przestępczością w Montanie. I serial staje się bardziej kryminalny, choć echa Yellowstone są dobrze widoczne, choćby przez fantastyczne zdjęcia, nawiązania czy postaci. Bo poza samym Kayce’em i jego synem pojawiają się oczywiście Thomas Rainwater i jego cień Mo. Grają ci sami co poprzednio: Luke Grimes, Brecken Merrill, Gil Birmingham i Mo Brings Plenty. Serial o szeryfach jest tylko tęsknotą za poprzednimi historiami, trochę działa jak zwrot „a życie toczy się dalej”. Trochę na siłę, ale ogląda się.

Przysięgły nr 2

Taka, proszę państwa, nowa wersja „Dwunastu gniewnych ludzi” z 2024 roku w reżyserii samego Clinta Eastwooda. Nowoczesna, rozbudowana nieco, inaczej sfilmowana z dodatkowym dylematem moralnym. Ten dylemat ma przede wszystkim tytułowy przysięgły nr 2, czyli młody człowiek, Justin Kemp.
Justin uświadamia sobie na sali sądowej, że to on może być sprawcą śmierci ofiary, której domniemanego zabójcę ma sądzić z pozostałymi przysięgłymi. A sytuację naszego bohatera dodatkowo uzupełnia troska o zagrożoną ciążę żony, która ma już za sobą stratę ciąży bliźniaczej. I gdyby wydało się, że to on stoi za śmiercią ofiary, bez względu na to czy zawinioną czy nie, idzie do więzienia na wiele lat. Śledzimy zmagania prokuratorki i obrońcy na sali sądowej. A żeby było bardziej niejednoznacznie pani prokurator walczy w wyborach, więc zależy jej na wygranej w tej, wydawałoby się prostej i jasnej sprawie. A obrońca jest obrońcą z urzędu. Śledzimy tok rozumowania jurorów, którzy na początku są za skazaniem oskarżonego, wszyscy oprócz Justina, którym targają wyrzuty sumienia i chce się upewnić, że to nie jest jego wina. Wielkim atutem filmu jest obsada, poza Nicholasem Houltem (Justin), Gabrielem Basso (oskarżony), Chrisem Messina (obrońca) czy Francescą Eastwood (ofiara) pojawia się Toni Collette (prokuratorka), J. K. Simmons (emerytowany gliniarz i zarazem przysięgły), Kiefer Sutherland (sponsor) i Amy Aquino (sędzia). Otrzymaliśmy całkiem niezły spektakl sądowy z zakończeniem nieco zaskakującym. Całkiem dobrze się to ogląda, więc polecam.

Madison

Taylor Sheridan, twórca całego universum związanym z „Yellowstone„, znowu to zrobił. Stworzył kolejny serial w klimacie tamtych, choć bardziej refleksyjny, spokojniejszy i bardzo wzruszająco wrażliwy. Pierwszy sezon to zaledwie sześć odcinków, ale osobiście jestem zachwycona i pod wielkim wrażeniem. I czekam na dalszy ciąg, wygląda, że będzie. Historia inna, choć od razu widzimy panoramę Montany, spokój, naturę i łowienie ryb przez dwóch braci, Prestona i Paula. Obaj uciekają od cywilizacji z różnych powodów, ale lubią spędzać czas razem. Paul jest samotnikiem, mieszka na pustkowiu po tym, co go spotkało w życiu. Preston ma rodzinę w Nowym Jorku i właściwie jest w rozkroku. Mieszka i pracuje w mieście, urywa się tylko co jakiś czas na jakiś czas do samotni brata. Żona Prestona, Stacy, rozumie i toleruje wypady męża, z którym tworzy cudowny związek. Stacy i Preston mają dwie dorosłe córki. Starsza Abigail jest rozwiedziona i ma dwie córki, Bridgette i Macy, młodsza Paige rozpuszczona jak mało kto, ale ma fantastycznego męża Russela. Generalnie bogata, rozwydrzona rodzina. I nagle spotyka ich tragedia. Mamy historię żałoby, godzenia się z rzeczywistością, układania sobie życia po nowemu gdy wydaje się, że wszystko się skończyło. Postaci są inne niż te, do których przywykliśmy w historiach Sheridana, ale najbardziej taylorowska jest postać szeryfa, Vana Davisa. Postać perełka, wzruszająca i ciepła. Oczywiście w serialu nie brakuje cudownych zdjęć, dobrych dialogów i jak zwykle świetnej obsady. Dość wspomnieć kilka najważniejszych nazwisk: Michelle Pfeiffer, Kurta Russella, Patricka J. Adamsa czy Matthew Foxa. I warto zauważyć udział Dawn Oliwieri, którą już widzieliśmy i w „1883” jak i w samym „Yellowstone„. Bardzo bardzo polecam.

Grzesznicy

Tego świetnego filmu nie da się sklasyfikować. Zaczyna się jako opowieść o czarnych (sorry), potem jest rozmowa o gangu Al Capone w Chicago (a mamy rok 1932), żeby przez religię przejść do musicalu, a potem do opowieści o ….. Nie, nie zepsuję Wam tego do końca, bo wielu zrezygnuje z oglądania. Sami to odkryjecie raczej szybciej niż później. Dwaj bracia bliźniacy po latach spędzonych w Chicago u boku Ala Capone wracają do swojego rodzinnego miasteczka i zarobione pieniądze inwestują w knajpę. Mają plan: teraz się dopiero odkują. Ale wiadomo, człowiek strzela a pan Bóg kule nosi, a gdzie i w jakim kierunku to już sami musicie zobaczyć. Jest w każdym razie bardzo, hmmm, kolorowo z wieeeeelką przewagą czerwieni. Mnie się podobało, naprawdę, mimo różnych drastycznych scen bawiłam się całkiem dobrze. I mimo, że nie lubię filmów o ….. właśnie. Ale to zasługa nietypowego scenariusza, bo widz lubi być zaskakiwany, świetnego montażu, rewelacyjnej muzyki (!!!!!), dobrych dialogów i kapitalnej gry aktorskiej. Warto tu podkreślić podwójną rolę bliźniaków w wykonaniu Michaela B. Jordana, który został nagrodzony Oscarem dla pierwszoplanowej roli męskiej. To naprawdę życiowa rola tego aktora. Film to koprodukcja Australii, Kanady i USA, a reżyserem Ryan Coogler. Nie pożałujecie, słowo harcerki.