Weseלe

Smarzol przypier*olił. I to łopatą między oczy. Ale, ludzie, ktoś musi. Znam twórczość Wojtka Smarzowskiego, widziałam chyba wszystkie jego filmy, a na pewno te najważniejsze, a i tak z kina wyszłam wstrząśnięta. Tematem, choć dobrze wiedziałam, czego się spodziewać, i historią splatająca całość. I pomysłami ekranizacyjnymi, niektóre wbiły mnie w fotel, ale o tym za chwilę. Zdjęcia (Piotr Sobociński jr), przebitki, ujęcia, aktorstwo i muzyka. Nie ma się do czego przyczepić, pod każdym względem tegoroczny film jest wielki. Do tego wszystkiego nikt tak jak Smarzol nie potrafi łączyć dramatu z dowcipem, co chwilami pozwala odetchnąć. Jesteśmy gośćmi na ślubie i weselu jedynej córki miejscowego właściciela chlewni, Ryszarda Wilka, któremu właśnie zaczyna się sypać intratny interes z niemiecką firmą. Ryszard, który całą swoją przyszłość i przyszłość rodziny postawił na jedną kartę, jest tym faktem przerażony i stara się zrobić wszystko, by ten interes uratować. Do tego córeczka ma nieco inne plany, poza tym jest w bardzo zaawansowanej ciąży, przyszły zięć bardziej kocha kasę, żona ma dosyć a ojciec Ryszarda, mocno posunięty w latach niedołężny Antoni, przebywa właśnie gdzieś pomiędzy rzeczywistością a wspomnieniami o swojej młodości i wielkiej miłości. Do tego dochodzi opowieść o Żydach, antysemityzmie i ludziach palonych w stodole w 1941 roku (historia z Radziłowa). I tak film umiejętnie splata opowieść dzisiejszą ze wspomnieniami dziadka panny młodej, świadka tamtych wydarzeń. Do tego dochodzą również elementy wesela z 1989. Mamy wstrząsające przebitki: np. ksiądz w kazaniu podczas ślubu opowiadający o tęczowej zarazie i za sekundę ten sam kościół w roku 1941 i antysemicka przemowa ówczesnego księdza. Jakże podobne w wymowie! Mieszają się porządki obu narracji, co dla widza jest nieco kłopotliwe, bo Smarzowski użył tych samych aktorów do wielu scen. Do tego równocześnie ktoś kręci wideo dla pary młodej i na pierwszym planie pojawiają się ludzie składający życzenia młodożeńcom. Aktorsko rewelacyjni są przede wszystkim Ryszard Ronczewski w roli dziadka Antoniego, zmarły podczas kręcenia filmu, oraz epizodyczny Krzysztof Kowalewski w roli świadka, też ostatnia rola tego artysty. Do tego mamy wszystkich ulubionych aktorów Wojtka Smarzowskiego: Agatę Kuleszę, Roberta Więckiewicza, Arkadiusza Jakubika. Chaos, niekontrolowany wydawałoby się bałagan w narracji, powoduje, że jesteśmy oszołomieni tym, co się dzieje na ekranie. Do tego okrucieństwo przy okazywanej Żydom nienawiści, mordowaniu sąsiadów. A w czasach współczesnych również widać Białą Siłę, to koledzy pana młodego i brata panny młodej. Bo przecież nic się nie skończyło. Tym właśnie wali Smarzowski w oczy, pokazuje jacy jesteśmy, jacy być potrafimy. I to ostatnie spojrzenie z góry na miejsce wydarzeń zostawia nas w zamyśleniu.

Przypierd*olił. I chwała mu za to.

Squid Game

Mimo wielokrotnych zachęt ze strony znanego Wam już „R”, do tego serialu podchodziłam z oporami. A powinnam była zaufać. W końcu jednak to zrobiłam i nie żałuję, tych prawie 9 h, poświęconych tej produkcji. Twórcami są Koreańczycy, więc z góry wiedziałam, że będzie to co najmniej nieco odległe od tego, do czego jestem przyzwyczajona. Odstręczał mnie nieco temat – gry dziecięce – i do tego jak się szybko okazuje – o życie. Właściwie gry na śmierć i życie. Na początku poznajemy głównego bohatera, Gi-hun Seong, który wiedzie beznadziejny żywot bez pracy, bez kasy, na utrzymaniu matki, rozwiedziony i rozdzielony z córką, uroczą i bardzo kochającą dziesięciolatką. Pewnego razu, na stacji metra, spotyka elegancika, który mu proponuje grę hazardową, gdzie kasę zamienia w policzek. A potem proponuje, by zadzwonił pod wskazany numer. I tak, wraz z 455 innymi nieszczęśnikami, zadłużonymi i życiowo pod ścianą, trafia do miejsca, gdzie zamaskowani ludzie proponują im rozgrywki o ciężkie miliardy wonów. Tylko tyle, że każdy przegrywający zostaje wyeliminowany. Dosłownie. Serial jest krwawy, okrutny i trzyma w napięciu. Ale nam, Europejczykom, pokazuje i uświadamia to, że wszyscy, bez względu na miejsce urodzenia i wychowania, jesteśmy tacy sami. Mimo różnic w ekspresji wyrażania emocji (lub ich braku) jesteśmy okrutni, zawistni, mściwi, ale też potrafimy być współczujący, wspierający. Bywamy też szczerzy i otwarci. Twórca tej historii myślał o realizacji prawie dziesięć lat, a teraz trafiło na niezły szał na kino koreańskie (np. oscarowy „Parasite„). Ciekawe, czy będą dalsze sezony, interesujące na czym miałyby się opierać. Polecam tym, którym nie straszne okrutne sceny na ekranie, ale także chcą się czegoś o sobie dowiedzieć. Interesujące jest bowiem obserwowanie czyje losy nas przejmują i komu kibicujemy najbardziej. Scenografia, dziecięca, fascynująca i bajecznie kolorowa, nieco łagodzi przekaz. Choć może wręcz przeciwnie?

Nie czas umierać

Oj, ciężko pisać o filmie, gdy nie można zbyt dużo zdradzić z fabuły. No, ale spróbujmy. Ten, 25 Bond, zaczyna się nietypowo, bo prequelem z prequelem. Tzn. na samym początku jest historia sprzed lat dotycząca dwóch postaci filmu, a potem jest znowu historyjka sprzed lat pięciu zaledwie, wstęp do filmu właściwego, już z samym Jamesem na ekranie. I tu już jest szybko i gwałtownie na ulicach włoskich miasteczek (sceny kręcono w Pugli i Materze), jak to zwykle w początkowych scenach Bonda bywa. Potem się dowiadujemy, że po tym wszystkim Bond postanowił przejść na emeryturę i spotykamy go po pięciu latach wypoczynku na Jamajce. Życie wzywa, a konkretnie Felix Leiter z CIA prosi go o pomoc przy odbiciu porwanego naukowca. No i mamy niesamowite 163 minuty, w czasie których prawie w ogóle nie łapiemy oddechu, cały czas musimy śledzić akcję, w której wiele się dzieje. Bond ma tylko czas na dwa krótkie drinki, zero seksu. Okazuje się, że agentów 007 jest dwóch, w tym jeden jest piękną postawną czarną kobietą. Równie sprytną i cwaną jak dotychczasowy. Cary Joji Fukunaga, reżyser, zrobił bardzo dobrego Bonda, wplatając nawiązania do poprzednich części, ale też pewne rozwiązania są bardzo nowatorskie i zaskakujące. By nie rozwodzić się nad fabułą, bo mogę chlapnąć za dużo, zwrócę uwagę na aktorstwo. Craig jest taki jak dotąd, choć pewna wrażliwość, nieznana do tej pory, musiała się pojawić i jest fajnie wygrana. Lea Seydoux (Madeleine Swan), którą już widzieliśmy w poprzedniej części, jest piękna choć nieco chłodna i nieco sztywna. Lashana Lynch (Nomi) świetna w roli kobiecej wersji 007. Ralf Fiennes (M) zawsze zachwyca, tu tym bardziej, Ben Whishaw (Q) bawi, Naomie Harris (panna Moneypenny) przyciąga uwagę, a Christoph Waltz kradnie show, gdy tylko się pojawia. Remi Malik, fantastyczny w roli Freddie’go Mercury, tutaj rozczarowuje. Jest kompletnie nieprzekonujący w roli czarnego charakteru, a tajemniczość gubi po pierwszym występie. Cudowny jest natomiast epizod z udziałem Any de Armas. Zabawny i uroczy. Dobrze się bawiłam, pierwszy raz pojawiło się wzruszenie. Ale płakać na Bondzie? Ucieszył mnie napis „James Bond pojawi się w następnym filmie”, bo to, że Craig odejdzie to wszyscy wiedzieli, ale że tak…..

Nic to, Baśka, nic to.

The Guilty

Zapanowała moda na powtórne nakręcanie filmów, które już były. Jeśli w przypadku włoskiego „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” i jego wersji (np. francuskiego „Nic do ukrycia” czy polskiej wersji „(nie)znajomi”) wiem, że chodzi o pokazanie różnic w obyczajowości, tak w obu wersjach „Winnych” chyba chodzi tylko o pokazanie możliwości aktorskich konkretnego artysty. W 2018 ukazał się oryginał duński, a teraz mamy do czynienia z amerykańską wersją, którą wyreżyserował Antoine Furqua. Cała intryga jest powtórzona i sam pomysł mi się bardzo podobał. Bohaterem jest jedna osoba prowadząca rozmowę przez telefon. W tym wypadku jest to pracownik służb ratowniczych, do którego zwracają się ludzie z problemami, a on po weryfikacji posyła odpowiednie służby, czy to karetkę czy policję. Często są to ze strony dzwoniących wygłupy lub błahostki, ale właśnie trafia się kobieta, która sprawia wrażenie przerażonej, a Joe dochodzi do wniosku, że została porwana. I postanawia zrobić wszystko, by jej pomóc. Trzyma w napięciu, a wielką zaletą tej wersji jest Jake Gyllenhaal w roli Joe’go. Na nim opiera się całość. Mimo, że pojawia się jeszcze kilka osób (ale tylko w tle) oraz, że w słuchawce słyszymy głosy następnych (równie znanych jak np. Ethan Hawke czy Peter Sarsgaard) to te 90 minut należy do Jake’a. Jest rewelacyjny. Mimo, że znałam historię (pisałam już o duńskiej wersji na początku 2019 r.) to i tak siedziałam jak zaczarowana do ostatniej sekundy. Warto.

Biały lotos

Rzutem na taśmę, bo lato się właśnie skończyło, obejrzałam wakacyjny w temacie serial, którego akcja rozgrywa się na Hawajach. Do hotelu nad oceanem na wyspie Maui docieramy z paroma osobami, których perypetie będziemy obserwować z wielkim zainteresowaniem, bo serial jest zrobiony świetnie. Zarówno narracja, klimat opowieści czy warunki, w których mamy wielką przyjemność się znajdować, sprawiają bardzo dobre wrażenie. On inclusive. Na wyspę przybywają: bogata biała czteroosobowa rodzina plus, którą tworzą: mama elegancka bizneswoman Nicole Mossbacher, wiecznie zajęta i zapracowana; podporządkowany tatuś Mark, zestresowany oczekiwaniem na wyniki badań jąder; synuś Quinn, nieco wycofany, zajęty grami, komórką, filmami porno i masturbacją; oraz nieco zbuntowana córeczka Olivia, której towarzyszy etniczna przyjaciółka Paula, korzystająca z kasy białych bez umiaru równocześnie ich nienawidząc. Dziewczyny wiecznie coś czytają, za każdym razem coś innego. Raz jest to Freud, potem zaś Nitsche. Pojawia się też para: rozpuszczony przez mamuśkę Shane Patton i szukająca swojego miejsca w życiu Rachel. Właśnie się pobrali i jest to ich podróż poślubna. Przypływa również samotna Tanya, wraz z prochami zmarłej matki, które zamierza rozsypać w oceanie. Gości witają pracownicy hotelu, przede wszystkim menager Armand. Towarzyszą mu szefowa spa Belinda i inni pracownicy tacy jak stażystka Lani, Dillon czy Hutch. Serial jest rewelacyjny przez to, że pod pierwszą warstwą lekkiej, dowcipnej wakacyjnej opowieści mamy właściwą, znakomitą zresztą, satyrę na współczesnych ludzi, atawizmy i hipokryzję klas uprzywilejowanych. Twórca serialu, Mike White, znakomicie sprawdził się jako twórca karykatury, z niecierpliwością czekam na następny, obiecany już, sezon. W tej edycji wystąpili: Murray Bartlett, Connie Britton, Jennifer Coolige, Alexandra Daddario, Jack Lacy, Brittany O’Grady, Natasha Rothwell, Sydney Sweeney, Steve Zahn, Molly Shannon czy Jon Gries. Polecam, to tylko 6 niespełna godzinnych odcinków, a zabawa, choć bywa zaprawiona czarnym humorem, jest naprawdę niezła.

Hit&Run

Po ten tegoroczny, świeżutki amerykańsko-izraelski serial sięgnęłam ze względu na Liora Raza, twórcę i odtwórcę głównej roli w znakomitej „Faudzie„. I po dziewięciu prawie godzinnych odcinkach mam wrażenie, że sezon pierwszy powstał po to, by już dalej tworzyć akcje szpiegowskie, w których Raz jest znakomity. Natomiast kompletnie mnie nie przekonuje jako pogodny i nieświadomy niczego ojciec rodziny, spokojny przewodnik po Izraelu. Akcja zaczyna się, gdy pewnego pięknego dnia, po wspólnym śniadaniu w sielankowej atmosferze, trzyosobowa rodzina Segeva Azulay, czyli on, córka i żona, rozchodzą się do swoich zajęć. Segev odwozi nastoletnią córkę do szkoły i sam zaczyna turę po okolicy z klientami. Żona Danielle, która jest tancerką pochodzącą z USA, wybiera się służbowo i nie tylko do Nowego Jorku. W biegu załatwia sprawy przed odlotem i zostaje śmiertelnie potrącona przez samochód. Zdruzgotany Segev próbuje znaleźć kierowcę i zaczyna odkrywać jakieś dziwne rzeczy towarzyszące tej historii. Co dalej nie opowiem, mogę tylko napomknąć, że zaczyna się akcja policyjno-szpiegowska, w której udział bierze wywiad USA i wywiad izraelski. Intryga dosyć zaplątana, ale dość przejrzysta mimo wszystko. Ogląda się nieźle, mam nadzieję, że dalsze sezony będą lepsze. Bo pewnie będą, serial kończy dosyć wymowny cliffhanger, więc Lior Raz będzie miał robotę na dłużej. Towarzyszą mu w serialu aktorzy izraelscy i amerykańscy, dialogi są prowadzone w obu tych językach. Występują tu poza Liorem m.in. Kaelen Ohm, Moran Rosenblatt, Sanna Lathan i Gregg Henry. O, właśnie. Czy ktoś go jeszcze pamięta z roli Wesleya w „Pogodzie dla bogaczy„? Bo ja i owszem, to był mocny akcent serialu.

Ile warte jest ludzkie życie?

11 września minęło dokładnie 20 lat od tamtego strasznego dnia, który wszyscy bardzo dobrze pamiętamy. Każdy wie, gdzie i w jakich okolicznościach usłyszał lub zobaczył to, co wydarzyło się w USA, ze szczególnym uwzględnieniem Nowego Jorku i dwóch wież WTC. Sięgnęłam więc po film Sary Colangelo z 2020 roku, w którym mamy okazję przeżywać tamten dzień w opowieściach rodzin ofiar tego zamachu. To historia oparta na faktach i prawdziwych postaciach. Kenneth Feinberg, główny bohater filmu, to adwokat i rządowy twórca i zarządzający Funduszem Odszkodowawczym Ofiar 11 Września. September 11th Victim Compensation Fund zw. VCF powstał na wniosek Kongresu w porozumieniu z The Air Transportation Safety i System Stabilization Act, by w jakiś sposób wynagrodzić straty rodzinom ofiar, które zgodzą się zrzec odszkodowań od linii lotniczych. To nigdy nie jest proste, więc Ken ustala z góry warunki i stara się ich trzymać nie biorąc udziału w rozmowach z bliskimi ofiar. Wszelkie negocjacje prowadzą jego ludzie z fundacji, więc Feinberg nie ma pojęcia o problemach rodzin, o tym, co spotkało bliskich w wyniku zamachu i o jakie straty chodzi. I tak długo, jak odsuwa od siebie udział w tych rozmowach, tak długo nie jest w stanie pojąć ogromu tragedii. Film zręcznie opowiada o procesie powstawania funduszu, jego działaniach i rozmowach z poszkodowanymi. Pozbawiony jest sentymentalizmu, choć parę scen jest bardzo wzruszających. Duża w tym zasługa aktorów. Rolę Kennetha powierzono znakomitemu Michaelowi Keatonowi, który z wiekiem wyrasta na coraz większego artystę. Druga świetna postać to Charles Wolff zagrany przez Stanleya Tucci. A poza tym mamy okazję ujrzeć na ekranie Amy Ryan, Tate Donovana i wielu innych.

Last Christmas

W ten bardzo ciepły letni jeszcze początek września sięgnęłam po film zimowy, bożonarodzeniowy bardzo. Przede wszystkim zachęciły mnie do niego panie biorące udział w tej imprezie, a mianowicie Emilia Clarke, Michelle Yeoh i Emma Thompson. Wszystkie trzy zagrały w tym filmie, a Emma dodatkowo maczała palce w scenariuszu. To zabawna i bardzo niegłupia opowieść o dziewczynie z problemami. Kate pracuje w sklepie ze świątecznymi ozdobami, prowadzi wojnę z rodziną i wiecznie szuka noclegu. Jej bliscy to emigranci z dawnej Jugosławii. Matka średnio się odnajduje w innej, zachodniej rzeczywistości, siostra nie potrafi wyznać rodzicom co jej w duszy gra, a tatuś, dawny prawnik, jest londyńskim taksówkarzem. Życie Kate zmienia się radykalnie, gdy spotyka na swej drodze Toma Webstera, który wspiera ją i pomaga odkryć to, co jego zdaniem jest warte w życiu. Bardzo optymistyczna komedia, lekka ale z przesłaniem i tajemnicą. Ogląda się bardzo dobrze, a aktorzy są świetni. Emilia jak zwykle zabawna i urocza, Michelle Yeoh nieco oschła, ale sympatyczna jako Mikołajka. A Emma Thompson w roli matki, Jugosławianki, świetna. Akcent i ta wylewność w jej wydaniu znakomite. A w roli Toma pojawia się Henry Golding, bardzo sympatyczny młody aktor. Całość wyreżyserował Paul Feig w 2019 roku, a muzyką wiodącą jest, rzecz jasna, twórczość George’a Michaela z tytułową piosenką „Last Christmas„. Dlatego też mogę stwierdzić, że w tym roku kalendarzowym jestem pierwsza, która usłyszała ten najsłynniejszy świąteczny przebój.

Deadwood: The Movie

Znakomity pomysł na sposób, by pożegnać się z serialem. Film zrealizowano w 2019 roku, akcja dzieje się dziesięć lat po wydarzeniach w serialu, a my mamy okazję zobaczyć co zdarzyło się przez ten czas u bohaterów. Miasteczko Deadwood jest już w Unii, świętuje właśnie państwowość Dakoty Południowej. Spotykamy wszystkich. Jest i Al Swearengen i Seth Bullock i Sal Star. Jest i Alma Ellsworth i Trixie i Jewel i okropny burmistrz Farnum. Nawet stary doktor próbuje nadal ratować ludzi, a właściciel gazety dalej pracuje w pocie czoła. Jest i pan Wu. Pojawia się i Calamity Jane i Joanie Stubbs. Nawet senator Hearst przyjeżdża do miasteczka, by wygłosić przemówienie. Odżywają stare waśnie, niektóre trzeba ostatecznie załatwić. Niektórym ta dogrywka może się wydawać ckliwa i bez sensu, ale dla mnie była sympatyczna. Zawsze ciężko się rozstać z bohaterami kilkusezonowych opowieści, więc taka pointa jest fajna i nie zostawia nadziei na ew. dokrętki. Zagrali oczywiście: Ian McShane, Timothy Olyphant, Molly Parker, Kim Dickens, Anna Gunn, genialna Robin Weigert, Paula Malcolmson, Jeffrey Jones, Gerald McRaney i wielu innych. Nie polecam tym, którzy nie znają serialu, bo pewne zaszłości nie będą zrozumiałe, choć samo życie w miasteczku na Dzikim Zachodzie może być interesujące. Mnie się podobało.

Deadwood

Tym razem będzie serial, nie taki znowu nowy, bo z lat 2004-2006, nie taki znowu długi, bo trzy sezony po 12 prawie godzinnych odcinków. Idealny na binge-watching i dlatego się pewnie skusiłam. Nie żałuję, bo zawsze lubiłam westerny. Mamy lato 1876 roku, jakieś dwa tygodnie po bitwie pod Little Big Horn. Miejscem opowieści jest legendarne Deadwood w górach Black Hills ok. 100 km od Mount Rushmore. W chwili rozpoczęcia historii to osada wyjęta spod prawa, właściwie obóz osiedleńców, poszukiwaczy złota i kolorowych ptaków. W miejscowym saloonie grywa w pokera słynny Dziki Bill Hickok, pije tu namiętnie Calamity Jane, pojawia się Seth Bullock z Solem Starem, całością chwilowo rządzi najbogatszy w okolicy Al Swearengen. Poznajemy bandytów, kaznodzieję, jedynego lekarza, dziwki, właścicieli burdeli, hotelarza, faceta z zacięciem dziennikarskim, który wspomaga się pierwszymi zdjęciami, poszukiwaczy złota …. Wszystko to w wybudowanych naprędce drewnianych domach, na błotnistej ziemi, wśród niemytych i zaniedbanych wędrowców. I tak prawdziwi bohaterowie mieszają się z fikcyjnymi, a całość opowiada o powolnym rozwoju państwa, demokracji najpierw opartej na łapówkach, a także o kształtowaniu się prawa, zwyczajów, tradycji. Początkowo akcja serialu jest powolna, bardzo rozciągnięta, ale to celowy zabieg, widzimy jak wszystko powoli się tworzy, jak rozwija się wzajemna zażyłość i chęć osiedlenia na stałe. Seth w końcu sprowadza do Deadwood żonę i syna, powstają konkurencyjne saloony, sklepy. I w końcu Deadwood przyłącza się do Unii i ma szeryfa. Przestaje być miastem bezprawia, gdzie Chińczyk utylizował ciała zabitych przy pomocy swoich świń. Serial zrobiony jest świetnie, z dobrymi dialogami, świetnymi zdjęciami i ilustrowany bardzo dobrą muzyką. Znakomicie skrojone postacie zostały zagrane przez bardzo dobrych aktorów. I tak Dziki Bill Hicock w wydaniu Keitha Carradine jest niesamowity, szkoda, że tak krótko pojawia się na ekranie. Swearengena zagrał diaboliczny Ian McShane, który jest niesamowicie sugestywny. Towarzyszą im fantastyczny Timothy Olyphant (Bullock), wzruszający Brad Dourif (Doc), John Hawkes (Star), elegancki Powers Boothe (Cy) czy Titus Welliver (Adams). Kobiety też są rewelacyjnie pokazane i zagrane: dystyngowana Molly Parker (wdowa), nieodgadniona Paula Malcomson (Trixie), rewelacyjna Robin Weigert (Calamity Jane), Anna Gunn czy fantastyczna Geri Jewell w roli Jewell. Polecam serial gorąco, to się naprawdę dobrze ogląda.