Pewnego razu … w Hollywood

Tarantino to Mistrz, a ten film (zrealizowany w 2019) to po prostu cudo. W każdym możliwym aspekcie: scenariusza, intrygi, dialogów, zdjęć, filmowania, wreszcie gry aktorskiej. Wyszłam z kina zachwycona i tylko myślę jakby tu wrócić. Bez tego się nie obejdzie, bo tyle rzeczy pewnie mi umknęło, tylu szczegółom chciałabym się przyjrzeć ponownie. Quentin Tarantino, znawca i wielki miłośnik kina, zwłaszcza starych westernów oglądanych godzinami, oddaje tu całe swoje serce bohaterom. Jest ich dwóch: podrzędny aktorzyna Rick Dalton i jego dubler, Cliff Booth. Nie ma sensu opowiadać tu fabuły, która swoją drogą tworzy niezły dym w głowach widzów i robi wrażenie. Dla prostych i nieznających się na kinie film jest wyłącznie zabawą formą, postaciami, fabułą i intrygą. Dla tych bardziej zaawansowanych dochodzi konieczność skupienia się na drobiazgach, drugich planach, sugestiach i tzw. puszczaniu oka. Czy Rick Dalton to Clint Eastwood? Pewnie tak, bo odcinek włoski przygód Ricka to wyraźna sugestia, że stajemy się świadkami początków spaghetti westernów Sergia Leone. Plakaty, muzyka, stroje. No i prawdziwe postacie, bo przecież Rick mieszka obok Romana Polańskiego i jego ciężarnej żony Sharon Tate na Cielo Drive w Beverly Hills. Cudowni są aktorzy, właściwie wszyscy – Margot Robbie, Margaret Qualley, epizodyczni Al Pacino, Luke Perry, Michael Madsen, Tim Roth czy Damian Lewis w roli Steve McQueena, nasz Rafał Zawierucha w roli Romana Polańskiego…. Wszystkich ich biją na głowę fenomenalni po równo Leonardo diCaprio i Brad Pitt. Ten duet hipnotyzuje, ich gra fascynuje i niesłychanie bawi. Polecam bardzo i zwracam uwagę na drobiazg, bo ludzie w kinie są beznadziejni: NIE WYCHODŹCIE DO SAMEGO KOŃCA. Nie pożałujecie. Ja już oglądałam to sama w sali, a to, co zobaczyłam, jest znakomitą kropką nad i. Uśmiałam się naprawdę.

Reklamy

Tacy byliśmy

Ten film Sydney Pollack nakręcił w 1973 roku, a sięgnęłam po niego w ramach przypominania sobie ról Roberta Redforda. Troszkę ramotka, ale kolorowa i cudownie muzyczna (Oscar za muzykę Marvina Hamlischa i piosenkę „The Way We Were” w wyk. Barbry Streisand), To już drugi wspólny film panów Pollacka & Redforda, ale ciągle dopiero początek współpracy. Ta opowieść to historia miłosna dwojga ludzi, których różni wszystko: poglądy polityczne, podejście do życia… Ale zakochują się w sobie i próbują być razem. On zabójczo przystojny, powiedziałabym nawet śliczny, w swoich najlepszych latach, wysportowany, zepsuty nieco powodzeniem. Ona urocza, przekonująca, ale niezbyt urodziwa. W końcu Barbra Streisand znana jest nie z tego, że jest piękna, ale z tego, że zawsze ma coś ważnego do powiedzenia. I to jak! Historia zaczyna się w latach 30. i toczy się przez dwadzieścia lat, powoli ukazując zmieniający się świat przed, w trakcie i po II wojnie światowej w USA. I trochę na świecie, bo bohaterka grana przez Barbrę, Katie Morosky,  to działaczka polityczna i aktywistka. Hubbell Gardiner to początkujący pisarz, którego kariera przez te lata rozwija się dzięki wsparciu wierzącej w jego możliwości żony.  Ale dwie tak różne osobowości nie są w stanie być ze sobą, trudności i odmienne poglądy powodują, że związek się rozpada. Zostają wspomnienia, wspólne dokonania i uczucie wielkiej sympatii. To i tak dużo. Świetnie sfilmowane, bardzo dobrze zagrane, pięknie wyśpiewane. Mimo upływu lat nieźle się ogląda, szczególnie w letni wieczór.

Shtisel

Tytułowy Shtisel to nazwisko bohaterów serialu: ultraortodoksyjnej rodziny żydowskiej żyjącej współcześnie w Jerozolimie. Głową rodziny, despotyczną ale nie głupio upartą, jest Shulem, którego żona umarła rok temu. Mieszka z nim jego najmłodszy, jeszcze samotny syn, Akiva. Mama Shulema, Malka, nieco sklerotyczna mocno starsza pani, mieszka w domu opieki i bywa najbardziej otwarta na nowe wyzwania. Tylko ona ma telewizor i uwielbia oglądać „Modę na sukces„, przeżywa dzieje Ridge’a, co zresztą prowadzi do katastrofy. W dwóch sezonach po 12 odcinków (po 45 minut każdy) mamy okazję obserwować także życie siostry Akivy, Giti i jej męża, Lipy, a także ich piątki dzieci z najstarszą Ruchami na czele. Jest też brat Akivy i Giti, Zvi Arye i jego żona i dzieci. Shulem i Akiva uczą w chederze, Giti zajmuje się domem i dziećmi, jej mąż to niezły kombinator i łapie różne okazje, a Zvi Arye studiuje Torę i liczy na pracę w jesziwie. Pojawia się także brat Shulema, Nukhem, stale zamieszkały w Belgii, wraz ze swoją córką Libbi. Serial wart obejrzenia, ma bowiem niesamowity klimat i opowiada o bardzo religijnych ludziach, których codzienne rytuały są tak oryginalne dla Europejczyków. Ich styl życia, bardzo pobożny i podporządkowany bezwzględnie wierze i tradycji, rytm pracy, kontakty międzyludzkie, zawieranie znajomości, małżeństw, rozwiązywanie konfliktów – to wszystko pięknie oprawione surowymi zdjęciami, świetną klimatyczną muzyką, prowadzonymi w jidisz rozmowami – daje efekt zaglądania przez dziurkę od klucza do hermetycznych miejsc, dla nas obcych i bardzo interesujących. Oglądam z zachwytem i nie mogę się oderwać. Pierwszy sezon powstał w 2013, a drugi w 2015 roku.

Gentleman z rewolwerem

To film o złodzieju, który istniał naprawdę a nazywał się Forrest Tucker. Dla mnie jednak to film o Robercie Redfordzie, który gra tu tytułową rolę. Który, jak jego bohater, świetnie bawi się tym co robi przez całe swoje życie. A że jest już w bardzo poważnym wieku (RR w czasie pracy nad filmem miał 82 lata) doskonale wybrał scenariusz na film, w którym – i z którym – żegna się z kinem po prawie 60 latach obecności na ekranach. Główny bohater wraz z dwoma kumplami napada na banki. Słynie z tego, że jest elegancki, uprzejmy i zawsze uśmiechnięty. Kradnie małe kwoty, a że mamy lata 80. ubiegłego wieku i nie ma wszechobecnego monitoringu i internetu, długo pozostaje nieuchwytny. Zresztą Forrest potrafi uciec i zrobił to w swojej złodziejskiej karierze 16 razy. Za każdym razem popisując się swoją sprawnością i fizyczną i intelektualną. Ściga go młody policjant, John Hunt, którego intryguje ten starszy złodziej. A do tego po raz pierwszy od lat Tucker jest poważnie zainteresowany przypadkowo spotkaną kobietą, samotną Jewel. To bardzo słoneczny i inteligentny film z 2018 roku, wyreżyserowany przez Davida Lowery’ego, pełen ciepła i zabawnych sytuacji (świetna scena w męskiej toalecie). Ale widać też hołd dla osiągnięć artysty, w retrospekcjach pojawiają się bowiem zdjęcia z całej kariery RR, a nawet kilka ujęć nawiązujących do konkretnych filmów z udziałem aktora, takich jak: „Zaklinacz koni„,”Więzień Brubacker” czy „Ostatni bastion„. Albo cytat z jednego z najpiękniejszych filmów z udziałem aktora czyli „Jeremiah Johnson„: Tucker okryty derką konno przemierza pastwiska. Jest także scena po prostu wycięta z „Obławy„: fragment ucieczki głównego bohatera tamtego filmu udaje historię z tego obrazu. Zapożyczeń zresztą jest więcej, np. słynny porozumiewawczy gest potarcia nosa palcem wskazującym z „Żądła„, napisy na czołówce wykonano tą samą czcionką co w innym filmie o napadaniu na banki czyli „Butch Cassidy i Sundance Kid„. W filmie towarzyszą Redfordowi: cudowna Sissy Spacek (po raz pierwszy zagrali razem), Danny Glover, Cassey Affleck, Keith Carradine i Tom Waits. Fajny film, zwłaszcza dla wielbicieli talentu Roberta Redforda. Na mojej twarzy wywołał bardzo ciepły uśmiech i myślę, że takie pożegnanie z kinem wymyślił sobie właśnie mój ulubiony Robert.

Wszystkie pieniądze świata

Mocno spóźniona wzięłam się za ten film Ridleya Scotta, który zrealizował go dwa lata temu. Lepiej późno niż wcale, bo ta oparta na prawdziwych wydarzeniach opowieść jest znakomicie pokazana i doskonale zagrana. Historia wydarzyła się w w roku 1973, gdy włoska mafia porwała wnuka potentata paliwowego Jeana Paula Getty’ego, szesnastoletniego Johna Paula. Magnat słynął ze swojego skąpstwa, uznał, że porwanie to pomysł wnuka i jego matki, Gail. Porywacze zażądali 17 milionów dolarów, ale dziadek odmówił wypłacenia okupu. Dopiero gdy porywacze przysłali kawałek odciętego ucha Paula, potentat pożyczył swojemu synowi pieniądze na wykupienie ulubionego (!!!) wnuka. Skąpstwo Jeana Paula nie miało granic, równie mocno „oszczędzał” na leczeniu jednego ze swoich pięciu synów. Film, pomimo dramatycznej historii, jest spokojny i skupia się na uczuciach targających matką i porwanym synem, na walce ze skąpstwem i uporem Jeana Paula, na negocjacjach Fletchera Chase’a, człowieka do wszystkiego. Produkcji towarzyszyły problemy z obsadą jednej z głównych ról, bo do roli magnata Scott zatrudnił Kevina Spacey’a i nawet nakręcił z nim całkiem sporo materiału. Ale wtedy właśnie wybuchła afera #Metoo z Kevinem w jednej z głównych ról i Ridley Scott nie tylko rozwiązał umowę z aktorem, ale także wymazał go z tego, co już zdążył sfilmować. Nowe dokrętki i reszta roli powstały dopiero, gdy do obsady dołączył Christopher Plummer. Fantastycznie sprawdził się w roli Getty’ego, ale myślę, że Spacey, mimo, że młodszy, także byłby znakomity. Rolę matki powierzono Michelle Williams i ta świetna aktorka kolejny raz udowodniła, że ma wielki talent. W roli wnuka wystąpił Charlie Plummer (przypadkowa zbieżność nazwisk), a Chase’a Mark Wahlberg. Ciekawostką dodatkową jest to, że porwany John Paul był ojcem Balthazara Getty’ego, znanego aktora.

Kariera Nikosia Dyzmy

Wakacje sprzyjają powtórkom i wyciąganiu zapomnianych filmów. W świetnym czteroosobowym towarzystwie postanowiliśmy odkurzyć film Jacka Bromskiego z 2002 roku. To znakomita przeróbka powieści „Kariera Nikodema Dyzmy„, a także genialnego serialu pod tym samym tytułem (o którym już pisałam). Przeniesienie akcji do czasów współczesnych pozwala na krzywe spojrzenie na dzisiejsze układy polityczne, wzajemne partyjne podgryzanie, walki wewnętrzne, rządy oparte na cynicznym wykorzystywaniu wzajemnych zależności. To, co krytykował w filmie Bromski 17 lat temu jest takie samo dzisiaj. Nic się nie zmieniło, a jeśli nawet, to na gorsze. Amatorzy, karierowicze, patałachy i partacze u steru rządzą nami i wyciągają z tego korzyści tylko dla siebie, ew. bliskich. Nikoś jest pracownikiem firmy pogrzebowej, wybitnie uzdolnionym mówcą pogrzebowym. A reszta jest jak u Dołęgi-Mostowicza: na bankiecie, na który trafia przez przypadek, potrąca ważną szychę, ale mu nie odpuszcza i prostacko go wyzywa. Reszta towarzystwa zaczyna go komplementować za odwagę i tak zaczyna się znajomość z innymi szychami, potem przyjaźń, wreszcie kariera zawodowa Dyzmy. Pnie się, bo umiejętnie wykorzystuje zasłyszane informacje. Zabawne i gorzkie niestety. Okraszone znakomitą obsadą: jak nie przepadam za Cezarym Pazurą to tu mnie jeszcze bawi. Cudownie popatrzeć na prześliczną i fantastyczną w roli gadatliwej idiotki, Annę Przybylską, choć w sercu smutno. Bracia Grabowscy fantastyczni jak zawsze, Krzysztofa Pieczyńskiego darzę wielkim uczuciem od roli Bronka Talara, ciekawie wygląda Lew Rywin tuż przed aferą, Krzysztof Globisz na długo przed chorobą, Ewa Kasprzyk jak zawsze nie do zdarcia…. Grają chyba wszyscy prócz Lindy i Gajosa. Warto sobie przypomnieć i popatrzeć na to, co było. I co jest.

Kafarnaum

Mój bliski dużo młodszy znajomy stwierdził, że taki film powinien dostać Oscara, a nie tam żadne grinbuki. O „Green Book” pisałam, podobał mi się, ale ten dzisiejszy to zupełnie inna liga. Wybierałam się na niego wiele razy wiedząc, że to nie jest lekkie kino. I rzeczywiście tak jest. Robi wrażenie i zmusza do refleksji. Zrealizowany został w 2018 roku przez Nadine Labaki („Karmel„), która także wciela się w rolę adwokatki głównego bohatera. Labaki odmalowuje bejrucką ulicę, pełną nieszczęśliwych, zabiedzonych dzieci, które są zmuszone walczyć o przetrwanie. Przykładem tego jest historia Zaina, chłopca, który skarży w sądzie swoich rodziców za …. Nie, nie powiem. Ta scena, gdy Zain oskarża rodziców w sądzie jest mocna i warta obejrzenia. Zresztą jak cały film, zmusza do myślenia i uświadamia nam w Europie i tzw. rozwiniętym świecie, że nie wszyscy mają tyle szczęścia co my. Niektórzy to szczęście próbują sobie wydrapać, niestety z marnym skutkiem. Nie mają szans w świecie ekonomicznych, klasowych i kulturowych podziałów. Zain jest włóczęgą na własne życzenie, ale potrafi walczyć w obronie słabszych, nie gubi moralnego kompasu i do końca z pasją walczy o dobro. Znakomity film, a postać chłopca zagrał brawurowo Zain Al Rafeea, którego uśmiech kończący film jest zniewalający. Tym bardziej, że to jedyny uśmiech chłopca. Ten film, wyprodukowany przez USA i Liban, dostał wiele nominacji (Oscary, Złote Globy, Cezary) i nagród (Cannes), szkoda, że nie dostał Oscara za film nieanglojęzyczny. Zasłużył.