Ten o Matthew Perry’m

Gdy serial „Przyjaciele” leciał co tydzień w telewizji nie oglądałam, miałam inne rzeczy na głowie. Ale potem, w chwili, gdy zawaliło mi się parę spraw, w ramach odskoczni i poprawy nastroju usiadłam i obejrzałam całość. I potem napisałam notkę o serialu. Teraz ukazał się trzyodcinkowy serial dokumentalny, który opowiada o jednym z aktorów, Matthew Perry’m, który zmarł prawie dokładnie 3 lata temu. Serial zatytułowany w ten sam sposób, co wszystkie odcinki serialu („Ten, w którym….” czy „Ten z ….”), ale choć o Matthew opowiada cała masa jego bliskich, to nie wystąpił przed kamerą nikt z jego przyjacielskiej rodziny. Dokument, podzielony na części, skupia się na dzieciństwie, rodzinie, początkach kariery, popularności, związkach, uzależnieniach i walce z nimi, wreszcie na tragicznej śmierci. Początkowo zabawny, pełen anegdot i historii zza kulis, w końcu skupia się na słabościach aktora, jego walce z własnym charakterem i używkami. Szlachetny, ale niepewny siebie, przypomina nieco losy Robina Williamsa. Zabawny dla innych, rozśmieszający świat cały dookoła ale pozostawiony sam sobie niepewny i depresyjny. Gdzieś w tych rozmowach jedna z jego bliskich przyjaciółek mówi, że zawsze znajomość kończył, bo bał się, że i tak nie wyjdzie. W każdym razie w dokumencie przygotowanym i wyreżyserowanym przez Mary Robertson spotykamy chłopaka/mężczyznę, któremu kariera nie uderzyła do głowy a wszystkie jego problemy wynikające z niepewności zostały wzmocnione przez używki. Trochę zaskakujące jest tłumaczenie sięgnięcia po używki jednym wypadkiem motorówki w czasach, gdy używki można znaleźć na każdym rogu w każdym mieście. Ale każdy zawsze próbuje się wybielać, a bliscy tłumaczyć. Widać, Matthew był słaby i choć walczył wielokrotnie korzystając z programów odwykowych, to jednak osoba, która zarabiała na jego słabościach była zbyt blisko, by to się mogło udać. Fantastyczny aktor, świetny przyjaciel (nie tylko w serialu) ale słaby człowiek. Warto obejrzeć rozmowy o nim, zwłaszcza gdy czytało się jego własną opowieść „Przyjaciele, kochankowie i Ta Wielka Straszna Rzecz„, swoistą spowiedź, która pewnie miała mu pomóc. Niestety, może na chwilę tak było, nie udało się.

Pionek

W 2024 roku pojawił się polski serial, „Śleboda„, który obejrzałam, ale nie pisałam o nim, bo był taki sobie. Główna bohaterka, Anka, antropolożka kultury, pojawia się na Podhalu i tam trafia na zwłoki. I wraz z Bastianem, dziennikarzem freelancerem, wplatani w morderstwo pomagają w rozwiązaniu sprawy.
„Pionek” reklamowany jest jako „Śleboda 2„. Łączą się dwójką bohaterów. Tym razem Anka pojawia się na Śląsku, konkretnie w Katowicach, gdzie na uczelni prowadzi zajęcia ze studentami. I tak samo jak poprzednio trafia na morderstwo. Tym razem sprawca wzoruje się na „wampirze z Szombierek” czyli niejakim Pionku, który odsiaduje wyrok za seryjne morderstwa do których się przed laty przyznał. I akurat teraz po 25 letnim wyroku ma wyjść. Historia jest też mało fascynująca, choć twórcy zadbali by widz miał problem z rozwiązaniem zagadki. Ogląda się całkiem nieźle, zwłaszcza mieszkańcom Katowic. Wprawdzie początkowo Katowice pokazane są bardzo schematycznie: Spodek, Nikiszowiec i kominy, ale chwilami pojawiają się wzbogacone kadry. I tak mamy przepiękne Katowice nocą, budynek biblioteki akademickiej CINiBA (dostał wiele nagród) oraz przepiękny widok z trawiastego dachu MCK w kierunku Klocków, Spodka i Superjednostki. Znakomita reklama miasta. Proszę o więcej.
W serialu gra wielu znanych aktorów, główne role odtwarzają Maria Dębska i Maciej Musiał, a towarzyszą im Mateusz Rozwadowski, Weronika Książkiewicz, Piotr Adamczyk, Zbigniew Zamachowski, Andrzej Konopka, Agnieszka Żulewska, Anna Cieślak, Mirosław Haniszewski, Łukasz Simlat i wielu innych. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie język śląski, którym niektórzy próbują się posługiwać. I jak Zamachowskiemu to jakoś wychodzi prawie naturalnie, tak Adamczyk brzmi zabawnie, Simlat dobrze, że mamrocze, bo melodia jest, ale z wymową średnio. No cóż. Śląski język trudny język. Coś o tym wiem.

Lalka (2026)

Nareszcie! Mam wreszcie taką ekranizację tej wielkiej powieści Bolesława Prusa, która zaspokaja moje wyobrażenia. W całości i od początku do końca. Mam wprawdzie dwie drobne pretensje do twórców, ale to drobiazgi i nimi zajmę się nieco później.
Otrzymaliśmy w tych dniach dzieło filmowe, którego reżyserem jest Maciej Kawalski, scenariusz pomagał mu stworzyć Piotr Sobociński jr, który zresztą jest autorem zdjęć. Celowo piszę dzieło, bo jest to film kompletny: od świetnego scenariusza po ostatnią wstążkę na planie. Historia, scenografia, muzyka, światło, zdjęcia, obsada. Wszystko na najwyższym, naprawdę światowym poziomie. Nareszcie mam swojego Wokulskiego, nareszcie Izabela jest taka jak ją sobie wyobraziłam. Stanisław mnie przekonuje do swojego uczucia, obsesji raczej, z której zdaje sobie wreszcie sprawę i widzi gdzie go to doprowadziło. Izabela nie jest tak pusta, rozpuszczona i pozbawiona uczuć, jak mi się zawsze wydawało. Konwenanse, układy towarzyskie i rodzinne, bzdurne prawo, przekonanie o wyższości moralnej arystokracji, patriarchat i beztroska finansowa, zwłaszcza rozrzutność elit – to wszystko składa się na to, że ta miłość nie mogła się udać. Pomimo, że pominięto kilka wątków z książki, film nic nie traci z wymowy literackiej. Wyeliminowanie pamiętnika Rzeckiego świetnie rozwiązano, to znakomity pomysł z rozmową z panem Prusem w sklepie Wokulskiego.
Najważniejszym, poza treścią, punktem dla wszystkich widzów była obsada. Bo czy Dmochowski, Kamas, Schuchardt czy wreszcie Dorociński? Czy Tyszkiewicz, Braunek, Drzymalska czy Urzędowska? Dla mnie tylko i wyłącznie Marcin Dorociński i Kamila Urzędowska. Do tego cudowny Rzecki Marka Kondrata, najbardziej wzruszający i rozczulający. Wielkie dzięki, że udało się tego wielkiego Aktora namówić do powrotu przed kamerę. Zwłaszcza, że to się tak pięknie wiąże z udziałem ojca pana Marka w pierwszej ekranizacji „Lalki„, gdzie pan Tadeusz Kondrat zagrał starego Szlangbauma.
I w dalszych rolach fantastyczni: Andrzej Seweryn (nieco teatralny), Krystyna Janda, Maja Komorowska, Maria Dębska (cudowna!), Agata Kulesza (brawa), Mateusz Damięcki (słaby uwodziciel), Maja Ostaszewska i Borys Szyc, Dawid Ogrodnik, Łukasz Pławiak, Andrzej Chyra, Paweł Wilczak, Maciej Stuhr, Wojciech Mecwaldowski, Jan Englert, Cezary Żak, Jan Peszek (rewelacja) czy nasz katowicki Mirosław Neinert (jakże się ucieszyłam). I takie perełki jak mama Marii Dębskiej, Kinga, sama Gosia Baczyńska w roli krawcowej czy wreszcie osobiście Maciej Kawalski.
I tu jest właśnie moment na moje dwie drobne pretensje: są prawie wszyscy, a nie ma Janusza Gajosa? Duże, duże zaniedbanie. A po drugie: w scenie gdy Łęcki rozmawia z siostrą, a grają ich Andrzej Seweryn i Krystyna Janda (pierwszy raz od 1988 roku razem na ekranie), w tle powinna pojawić się ich córka, równie wybitna i znakomita aktorka Maria Seweryn. Choćby w roli pokojówki. To byłoby takie symboliczne.
Jeśli patrzymy na scenografię to nie ma się do czego przyczepić: fantastyczna Warszawa, fenomenalny sklep, piękne widoki, cudowne wnętrza, stroje i fryzury.
Film obejrzałam na dużym ekranie, zachęcam by też tak zrobić, bo robi wrażenie. Ale wiem, że jak się już pojawi w streamingu to obejrzę jeszcze przynajmniej raz i będę się delektować drobiazgami. Dla mnie to najwspanialsza ekranizacja literatury polskiej i najlepsza „Lalka” ever.

Gratuluję Twórcom i bardzo dziękuję.

Lalka (serial)

Zapomnijcie o „Lalce” Bolesława Prusa i dwóch poprzednich ekranizacjach tej wielkiej powieści.
Zupełnie i całkowicie należy to wymazać wszystko z pamięci i dopiero wtedy brać się za oglądanie serialu Pawła Maślony. Inaczej grozi Wam w najgorszym razie stres i zdenerwowanie, wieczne marudzenie i złość podczas oglądania. Albo po prostu brak zrozumienia i przyjemności odbioru bardzo dobrego serialu Netflixa. Myślę, że prawdziwe i pełne odkrycie tego dzieła spółki Maślona – Demirski następuje dopiero za drugim razem, gdy widz skupi się na tym, co widzi, a nie na tym, czego się spodziewa lub co chciałby zobaczyć. Gdy już wie co z czym i jak działa. Czyli wie, że twórcy z powieści Aleksandra Głowackiego aka Bolesław Prus wzięli czas i miejsce akcji, nazwiska bohaterów oraz główną intrygę – miłość (lub obsesję) handlarza do pięknej arystokratki, córki bankruta. Reszta jest efektem błądzenia wyobraźni twórców. A ten bywa chwilami przewrotny, zabawny i zaskakujący ale zawsze jest kompletnie nie z tego, lalkowego, świata. I dla emancypantki Izabeli i stalkera Stanisława warto się poświęcić i obejrzeć te sześć odcinków. Tylko sześć.
Wizualnie znakomity, zwłaszcza Warszawa, wszystkie detale i stroje kapitalne. Muzycznie też utrzymany bardzo nowocześnie, zwłaszcza łączący wszystko jeden motyw. I oczywiście aktorsko znakomity. Zagrali chyba wszyscy ci, którym nie udało się trafić do obsady „Lalki” Macieja Kawalskiego, która też lada chwila będzie miała swoją kinową premierę. Tutaj Łęcką zagrała Sandra Drzymalska (która wkrótce zabłyśnie rolą Violetty Villas), Wokulskiego Tomasz Schuchardt. A towarzyszą im Dariusz Chojnacki w roli Rzeckiego (zaskakująca postać), przewrotny Jacek Braciak jako Łęcki, dystyngowana Magdalena Cielecka w roli Wąsowskiej, zupełnie inny niż zwykle Piotr Adamczyk w roli Krzeszowskiego czy Piotr Pacek jako Starski. Resztę zobaczcie sami, nie będziecie zawiedzeni, bo obsada jest świetna.
Tak na koniec: jestem szczerze wdzięczna twórcom serialu za efekt. Spowodowali ogólnonarodową awanturę literacko – filmową. Coś, co się dawno nie zdarzyło, bo mało kto przyznaje się do czytania, a do podziwiania lektury szkolnej to już nikt. A tu proszę, sami wielbiciele Rzeckiego, Wokulskiego, znawcy kobiecych charakterów i ogólnonarodowa wojna w SM o tym czy wolno tak swobodnie sobie poczynać z literacką świętością. Otóż tak, wolno. A nawet trzeba. Nabiera się dystansu i oddechu. Polecam gorąco.
A teraz czekam na tę drugą wersję, tym razem pewnie taką jak pan Prus przykazał.
Zobaczymy.

SEAL Team


Nie da się ukryć trochę utknęłam. Lubię tego typu filmy i seriale, ten ma siedem sezonów (od 2017 do 2024 roku), w sumie 114 odcinków po 40 minut i oglądanie trochę trwa. Jeszcze trochę przede mną, ale już mogę stwierdzić, że jest to niezłe kino i warto odpalić. Sprawne, dynamiczne, bez zbędnego patosu i dydaktyzmu. Twórca serii, Benjamin Cavell, ma za sobą „Bastion” i „Homeland„, tym razem opowiada historię elitarnej jednostki marynarzy, która specjalizuje się w różnego typu interwencjach na całym świecie. A to uwalniają zakładnika, a to szukają zabójców, a to likwidują terrorystów czy przywódców wrogich organizacji. Akcje te, zazwyczaj tajne, to domena jednostki zwanej Bravo, w której jest kilku bardzo wysoko wytrenowanych żołnierzy. Naprawdę elita. Szefem grupy, zw. BravoOne jest Jason Hayes. Towarzyszą mu zwykle: Clay Spenser, Ray Perry, Sonny Quinn, Brock Reynolds z psem (pierwsze 3 sezony Cerber grany przez Ditę, potem Pepper), Trent Sawyer i Omar Hamza. Wspierani przez personel naziemny: Erica Blackburna, Lisę Davis i agentkę CIA Amandę Ellis. Jeśli Bravo nie ma przed sobą poważnego zadania (czasem opowiadanego przez kilka odcinków) to oddział bierze udział w treningach, równie poważnych i trudnych. Żeby to nie było zbyt monotonne dla widza to dochodzą do tego wątki osobiste chłopaków: miłość, dzieci, problemy z rodzicami itd. Myślę, że się zżyłam z bohaterami, z uwagą śledzę ich losy i kibicuję wyborom. Bo mają różne pokusy przed sobą: kariera w wojsku, kariera w polityce, powrót do życia cywilnego… Życie rodzinne cierpi najbardziej, bo panowie nie znają dnia ani godziny, misja może się zacząć w środku celebrowania uroczystości rodzinnej lub tuż przed wyjazdem na urlop. Nie ma zmiłuj, jest telefon i wypad. Przy tym wszystkim fajnie jest pokazana więź między grupą, wzajemne zaufanie i poleganie na sobie. Przecież często życie, nie tylko zdrowie, zależy od tego drugiego, jego refleksu i umiejętności. Ogląda się naprawdę nieźle, tym bardziej, że twórcy wykorzystali udział ponad 70 weteranów wojskowych w charakterze statystów i kaskaderów. A oto nazwiska odtwórców głównych postaci: David Boreanaz, Max Thieriot, Neil Brown Jr, A. J. Buckley, Justin Melnick, Judd Lormand, Tyler Gray (prawdziwy weteran, były żołnierz US Army Ranger), Toni Trucks i Jessica Pare.
Serial jest obecnie dostępny na SkyShowTime oraz na Netflixie.

Projekt Hail Mary

Trochę czasu upłynęło zanim obejrzałam to tegoroczne dzieło panów Phila Lorda i Christophera Millera. Panowie dokonali adaptacji książki Andy Weira, której nie znam niestety, ale to, co na ekranie, choć nieco niespieszne, pochłania widza całkowicie i do końca. Wszędzie dookoła w recenzjach i opiniach widziałam zachwyt, trudno było w to uwierzyć, zwłaszcza gdy ta historia rozwija się bardzo powoli. Ale to film dla cierpliwego widza, efekt wynagradza pewne początkowe chwile znudzenia. To taka mieszanka „Marsjanina” i „E. T.” Bohater, Ryland Grace, budzi się na statku kosmicznym i nie pamięta nic. I odkrywa powoli po co i dlaczego leci daleko i co od niego zależy. A zależy ogrom, wierzcie mi, to naprawdę wyzwanie utrzymać przy życiu całą Ziemię. Trudno mówić o tym filmie nie zdradzając zbyt wiele, mogę tylko powiedzieć, że jest wizualnie znakomity, dialogowo zabawny, ironiczny i mimo grozy bardzo optymistyczny. Aktorsko też nie można narzekać, bo mamy na ekranie przez calutki czas Ryana Goslinga, a w epizodzie pojawia się Sandra Huller. No i Rocky, który aktorsko wymiata. I w każdym innym aspekcie też.
To naprawdę piękny film i też będę się nim zachwycać. I zachęcać do obejrzenia.
Nic słodszego już nie zobaczycie.

Proud

Nie lubię czekać na kolejny odcinek serialu, dlatego startuję z oglądaniem gdy cały sezon jest już w streamingu. I jak się okazuje, słusznie, bo ten serial, o którym dziś piszę, jest taki, że po raz pierwszy wszystkie 8 odcinków obejrzałam cięgiem. Bo jak tu przerwać oglądanie, gdy jedna baba (BTW znakomita Tamara Arciuch) z opieki wygłasza płomienne przemówienie o tym, że w tym kraju nikt gejowi nie powierzy dziecka a główny bohater każe się jej zamknąć? Albo jak czekać do następnego odcinka, gdy sąsiadka (równie fantastyczna Maja Ostaszewska) pomaga bohaterowi zwiać? Ten serial to historia chłopaka, nieledwie mężczyzny. Przystojny rozrywkowy gej pracujący w modelingu, cieszy się powodzeniem i płynie na tym beztrosko, bo kasy i okazji do imprezowania nie brakuje. Poza siostrą nie ma nikogo, ojciec ich porzucił a matka umarła, przez co trafili do domu dziecka. Wspierają się i w chwili niespodziewanej śmierci siostry Filip zostaje sam z roczną siostrzenicą. I serial jest właśnie o tym: o dojrzewaniu. Obserwujemy jak z rozwydrzonego króla życia Filip staje się odpowiedzialnym tatą dla małej Tosi. Jak staje się mężczyzną. Jak zaczyna mu się w głowie wszystko układać i jak walczy o siebie i Tosi przyszłość. Łatwo nie ma, to, że jest gejem wcale mu nie pomaga. Ma przyjaciół, pojawia się nawet miłość, ale to w dzisiejszej Polsce nie wystarczy. Wydaje mi się, że zakończenie sezonu jest wróżbą na dalszą walkę.
Przyznam się, w sekwencji podróży nad morze bałam się o chłopaków. Nie o Tosię, wiedziałam, że  nic jej nie grozi i jest bezpieczna. Że dbają o nią. Bałam się o to, że ktoś chłopakom zrobi krzywdę, gdy zobaczy, że się przytulają i całują. Tym bardziej, że Filip nie z tych, którzy się ukrywają, jest szczery i otwarty. To także opowieść o szansie, jaką niesie życie i o tym, czy z niej skorzystamy. I czy potrafimy się zmienić dla dobra kogoś innego. Świetny serial, znakomita obsada. Trzeba zacząć od Malutkiej, w roli Tosi cudowna Alicja Lewczuk. Dookoła niej pojawiają się między innymi (poza wymienionymi wyżej Arciuch i Ostaszewską): Ignacy Liss w roli Filipa, Kamil Studnicki, Maria Sobocińska jako Kiki, Mateusz Więcławek, Paweł Tomaszewski, Piotr Pacek, Joanna Kulig jako walcząca pani adwokat oraz niezrównana Dorota Kolak w roli babci Tosi. Fantastyczny temat, świetnie poprowadzona historia, bardzo dobra realizacja.

Odyseja

Wydawałoby się, że wybitny reżyser Christopher Nolan wybrał się z motyką na słońce, gdy postanowił zekranizować „Odyseję” Homera. Nie czarujmy się, dzieło co najmniej nudne dla współczesnego czytelnika, a co dopiero widza. Ale ten epos grecki został tak pięknie przez Nolana przeczytany i pokazany, że ta wiecznie aktualna historia traci swą patynę i jest w stanie trafić do dzisiejszych młodych widzów. Odkryta, odnowiona, uwspółcześniona. To film o nas nie zawsze szlachetnych, o miłości, o niemożności powrotu, o samotności, o wierności, o końcu naszego świata, o traumie wojennej. A to jak to zostało zrealizowane przez Christophera Nolana to tak właśnie należy trafiać pod dzisiejsze strzechy, do dzisiejszego widza. Mitologiczne postacie muszą wyglądać jak z uniwersum Marvela czy innych bohaterów współczesnych opowieści, a realizacja jak gry komputerowe. By antywojenne manifesty nie brzmiały jak nawoływania nauczyciela ex katedra, a pokazywały jak niszczone autorytety (tu świętości) powodują upadek cywilizacji.
Można dyskutować ile Homera w Nolanie i na odwrót, ale efekt jest. Udało się nakręcić fantastyczny film, który mimo, że treść znana i trwa aż trzy godziny, to jednak trzyma za gardło i nie puszcza ani na chwilę. Rewelacyjny pomysł na narrację, która się nie rwie i nie nudzi. Fantastyczna realizacja i naprawdę znakomita gra wszystkich aktorów. Aż głupio wymieniać nazwiska, bo każdy z nich jest równie świetny i każdy z nich wart oddzielnej wizytówki. Ale może choć kilka: Matt Damon jest niesamowitym Odyseuszem, mądrym, dzielnym i wytrwałym. Robert Pattinson kolejny raz pokazał, że umie grać, a nie jest wyłącznie przystojny. Wyrasta na wielkiego aktora. Elliot Paige zaskakująco męski w męskiej roli najdzielniejszego żołnierza spod Troi, postaci zabranej z „Iliady”. Anne Hathaway, Zendaya, Charlize Theron, Lupita Nyong’o poza urodą wnoszą siłę swoich talentów i kompletnie bez sensu jest dyskusja o kolorze skóry Heleny. Tak jak kompletnie od czapy jest dyskusja o hełmach Greków czy Spartan, to w całej tej historii nie ma znaczenia a jest wyłącznie czepiactwem.
I jeszcze jedno, ale dla mnie ważne : Nolan jest psiarzem, co wnioskuję po jednym cudownym machnięciu ogona konającego Argosa.

Ranczo Duttonów

I wreszcie jest. Ostatni z zapowiedzianych spinoffów „Yellowstone” pojawił się w całości. Wszystkie 9 odcinków pierwszego sezonu opowieści o Beth Dutton i Ripie Wheelerze po tym, gdy ziemia Johna po 140 latach wróciła do pierwotnych właścicieli, już do obejrzenia na SkyShowTime. Podoba mi się bardzo, klimat zachowany jest, choć bohaterowie po wielu perypetiach wynieśli się z Montany i osiedli w Teksasie. I z górzystego, zielonego, różnorodnego krajobrazu przenieśliśmy się do pustynnego i gorącego. Sam Rip mówi, że brak mu gór, horyzont rzeczywiście jest bardzo monotonny. Razem z Carterem, Beth i Rip, próbują sobie ułożyć spokojne życie. Ale w Rio Paloma, gdzie w końcu kupili ziemię, rządzi niepodzielnie rodzina Jacksonów, na której czele stoi twarda Beulah. Dojrzała, piękna, elegancka trzyma twardą ręką rodzinę, a zwłaszcza dwóch synów: niepokornego Rob Willa i Joaquina zw. Kino.
Męczące jest tylko to, co było już w „1923„, a teraz jest powielane. Otóż znowu na bohaterów spadają wszystkie możliwe plagi egipskie. Do tego nie jest prosto znaleźć się na obcej ziemi, ale pracowity Rip i sprytna Beth dają radę. Nawet z problemami, które powoduje dojrzewający Carter.
Obsada jest jak to w całym uniwersum „Yellowstone” naprawdę wyszukana. Poza Kelly Reilly, Cole Hauserem i Finnem Little mamy Annette Bening w roli Beulah, a poza nią pojawia się weterynarz (i nie tylko) w wydaniu cudownego Eda Harrisa.
Bardzo lubię tych aktorów i czekam na ciąg dalszy, bo Beth i Rip to moi ulubieni bohaterowie tego uniwersum.

Ci, którzy życzą mi śmierci

Tak właściwie to piszę o tym filmie z obowiązku, bo obejrzałam chyba wszystko w czym maczał palce Taylor Sheridan, no więc i tego też nie mogę pominąć. Ten film wyreżyserował w 2021 roku, a więc w trakcie prac nad „Yellowstone” i całym związanym z tym uniwersum. I to widać, że wysiłek twórcy skierowany jest gdzieś indziej, a ta historia, pomimo potencjału, jest słaba i trochę zrobiona na odpieprz. Historia chłopca, który jest świadkiem dramatycznych wydarzeń i ma do wypełnienia ważną misję oraz strażaczki, która ma wyrzuty sumienia po poprzedniej traumatycznej historii związanej właśnie z nieletnimi, jakoś się słabo wiąże i beznadziejnie toczy. Wizualnie świetnie zrealizowane, pożary znakomicie się filmują, budzą grozę i napięcie. Ucieczka przed prześladowcami w takich warunkach może być bardzo dramatyczna, tym bardziej, że prześladowcy są zdeterminowani i zdecydowani na wszystko. Do tego dochodzi znakomita obsada: w roli strażaczki sama Angelina Jolie, towarzyszą jej Jon Bernthal, Aidan Gillen czy Nicholas Hoult. W roli chłopca, Connora, wystąpił Finn Little , którego potem Sheridan zatrudnił w „Yellowstone” do roli Cartera Greena. I słusznie, bo z całego tego pożarowego filmu tylko on naprawdę się przyłożył do roli, tylko on się naprawdę przejmuje sytuacją bohaterów. Film jest bardzo nietypowy dla Taylora Sheridana, o twórcy przypomina wyłącznie jedna scena spotkania Connora z koniem. Tego w pracy tego pana nie mogło zabraknąć. To jak podpis, sempel, wizytówka.
Film można spokojnie oglądnąć, krzywdy nie robi i może się podobać. Pod warunkiem, że nie będziemy zbyt dociekliwi i marudni.