Pisałam kiedyś o „Virgin River„, to moje takie guilty pleasure. I teraz, zupełnie przypadkiem, trafiłam na opowieść, która – mam uczucie – dzieje się po drugiej stronie tej samej rzeki. Już nie udajemy, że jesteśmy w Kalifornii, tylko naprawdę w Kanadzie, bo rzecz dzieje się w małej miejscowości Timberlake w Nowej Szkocji. Mała społeczność, wszyscy się znają, wspierają i żyją obok siebie. I właśnie tu po 15 latach nieobecności pojawia się Maggie, która tu ma ojca. Wyrwana przed laty z tego środowiska przez matkę i jej nowego męża, dorosła i wykształciła się w Bostonie. I tam robi karierę wybitnej neurochirurżki (znowu medycyna, jak w VR), zamierza wyjść za mąż za faceta, który jest również obiecującym lekarzem. Ale bezpodstawne oskarżenie o spowodowanie śmierci pacjenta stawia ją w sytuacji, w której chce się odnaleźć i postanawia zobaczyć skąd ją przed laty zabrano. Chce się także dowiedzieć czemu ojciec o nią nie walczył. Tak zaczyna się ta historia, w klimacie, postaciach i sposobie prowadzenia narracji siostra bliźniaczka „Virgin River„. Nie dziwię się, bowiem obie opowieści oparte są na książkach Robyn Carr. Dodatkowo pojawiają się elementy etniczne, bo w miasteczku mieszkają również przedstawiciele First Nations, co historii dodaje kolorytu, również w scenografii. Obsada nowa właściwie w całości, poza Scottem Pattersonem (znamy go z „Kochane kłopoty„) w roli Harry’ego Sully Sullivana, oraz dwóch pań zabranych z VR – Lyndy Boyd i Lauren Hammersley. Rolę Maggie powierzono Morgan Kohan, a obiekt jej uczuć na tym zadupiu pięknie odtwarza Chad Michael Murray, którego w ogóle nie kojarzę z niczego. I bardzo dobrze. Polecam relaks na Przystani Sully’ego, na Netflixie są dostępne dwa sezony po 10 odcinków, trzeci już się pojawił i lada chwila będzie premiera czwartego. Czekam, bo ogląda się bardzo przyjemnie.
Ołowiane dzieci
Ta historia jest mi dobrze znana, bo mieszkam w Katowicach prawie od urodzenia i to, co działo się w Szopienicach, dzielnicy mojego miasta, znam z rozmów rodziców i znajomych. Na tyle daleko mieszkałam, że mnie nie dotknęło, ale jednak w tym samym mieście. Zresztą, nazwa mojej Koszutki pada wraz z określeniem „najlepsza dzielnica” i rzeczywiście Mirosław Neinert, grający szefa wydziału zdrowia w UW, pokazuje głównej bohaterce nowo wbudowaną (wtedy) przychodnię na ul. Ordona.
Serial Macieja Pieprzycy, który pojawił się na Netflixie, to 6 odcinków historii opartej na prawdziwych wydarzeniach, nieco zmodyfikowanych na potrzeby fabuły, intrygi czy wymagań producenckich. Nieścisłości budzą sprzeciw, zwłaszcza tych, którzy byli bezpośrednio związani z sytuacją, ale jeśli chodzi o główny problem to jest on pokazany rzetelnie i myślę że uczciwie. Podkreślmy – to nie jest dokument, a serial inspirowany prawdziwymi wydarzeniami.
Oto młoda lekarka, Jolanta Wadowska – Król, odkrywa u wielu dzieci niepokojące objawy zatrucia i anemię, zaczyna więc drążyć co jest ich przyczyną. Wbrew wszystkim, nawet najbliższym, poświęca wszystko by ratować dzieci, których truje huta, przy której i z której żyją. Dodajmy, jest lipiec 1974 roku gdzie liczy się socjalistyczna gospodarka, wydobycie i rekordy osiągane w zakładach pracy. Bez względu na koszty ludzkie i każde inne. To zarys intrygi, w której pojawiają się inne prawdziwe wydarzenia: przyjazd Breżniewa do Katowic (tego nie pamiętam, wyjechałam z miasta na wakacje) i rozgrywki polityczne pomiędzy ulubionym wojewodą Ślązaków – Jerzym Ziętkiem (zw. krótko Jorg) a zadufanym i koszmarnie kacykowatym I sekretarzem lokalnego oddziału PZPR Zdzisławem Grudniem. Ten pierwszy, szanowany na Śląsku, ma w mieście pomnik i najsłynniejsze rondo w mieście nosi jego imię, co próbowało zmienić PiS za swoich rządów. Protest był zbyt duży i odpuszczono. Słusznie, Ziętek dużo dobrego zrobił dla Śląska.
Natomiast po sekretarzu Grudniu został tylko beznadziejny gmach, z założenia dom dla PZPR (części konferencyjna, hotelowa i wystawiennicza), przez lata siedziba NOSPR, a teraz Centrum Kultury im. K. Bochenek i siedziba Teatru Korez. Przez lata nazwany Dezember Palast lub po prostu pałacem grudniowym. Młodzi nie wiedzą skąd się wzięła ta potoczna nazwa.
W serialu te dwie postacie rewelacyjnie zagrali Marian Dziędziel i Zbigniew Zamachowski. Kreacje stworzyli niesamowite.
Największa pochwała należy się jednak Joannie Kulig, która po prostu stała się Jolantą Wadowską Król. Rewelacyjne są również towarzyszące jej: Kinga Preis, Grażyna Bułka i Agata Kulesza. Wspaniali są Michał Żurawski, Grzegorz Przybył czy Robert Talarczyk. Denerwował mnie wyłącznie Paweł Koślik w roli dyrektora huty, bo tak mi się skleił z rolą kabaretowego prezydenta Dudy, że cały czas myślałam, że sobie kpi. Ale pewnie to było celowe by pokazać lizusa, karierowicza i słabego człowieka.
W każdym razie bardzo polecam, bo warto dowiedzieć się o „polskim Czarnobylu” i „Matce Boskiej Szopienickiej”, która ma tytuł Honorowej Mieszkanki Katowic i ma w mieście swój mural.
To jej wina
Nie lubię opowiadań, bo zbyt szybko zostaję sama z tym, co właśnie przeczytałam. Saga lub powieść wielotomowa pozwala na rozczytanie się, pozostanie dłużej w klimacie opowieści. Dlatego pewnie coraz bardziej lubię oglądać seriale, bo dają mi możliwość zaprzyjaźnienia się z bohaterami, a przynajmniej poznania ich bliżej i zrozumienia tego, co nimi powoduje i co tak naprawdę zdarzyło się w historii, którą oglądam. Miniseriale są jeszcze lepsze, bo wymyślone z góry na określoną ilość odcinków, nie ma ryzyka dopisywania dalszego ciągu na siłę w stylu „Mody na sukces” zależnych od obsady i trendów. Jest problem i sprawa dookoła niego, bohaterowie, którzy próbują znaleźć się w sytuacji i historia, która zostaje w głowie. Lub nie. Ale z tym serialem z 2025 roku jest inaczej. Kręcimy się wśród bogatych mieszkanek przedmieść wielkiego miasta (podobno Dublin, ale zrealizowany w Chicago i w Melbourne), które są zajęte wymagającą i prestiżową pracą, mają dzieci i opiekunki do dzieci. Wybrane i wydawałoby się starannie wyselekcjonowane, które zaprzyjaźnione są zarówno z pociechami jak i rodzicami owych. I właśnie pewnego dnia Marissa Irving odkrywa z przerażeniem, że jej ukochany pięcioletni synek Milo znika. Miał bawić się z innym maluchem, Marissa zgłasza się po odbiór dziecka a pod wskazanym adresem chłopca nie ma i nikt nic nie wie o zaistniałej sytuacji. Zaczyna się gorączkowe poszukiwanie, Marissa i jej mąż Peter natychmiast zgłaszają się na policję, gdzie od tej chwili ich sprawą zajmuje się detektyw McConville z partnerem. Serial trzyma w napięciu, jest kilka zaskakujących zwrotów akcji, które ujawniają przeszłość bohaterów i ukazują nam rozwiązanie, które chyba nikomu podczas oglądania nie przychodzi do głowy. Wszystkie postacie są świetnie skrojone i rewelacyjnie zagrane. Mnie zachwyciła zwłaszcza czwórka: Marissa i Peter, których zagrali Sarah Snook (znana z „Sukcesji„) i Jake Lacy. Ona jest nieco rozhisteryzowana, co jasno wynika z sytuacji w jakiej się znalazła, ale to nie przeszkadza jej w sytuacjach krytycznych zachować się przytomnie i przemyślanie. On mnie początkowo denerwował, wydał mi się pozerem, ale jak dotarło do mnie jakim jest człowiekiem wszystko się wyjaśniło i klocki wskoczyły na swoje miejsce. Posiadacz. Wszystkich i wszystkiego. Ma być jak on chce.
Podobała mi się Dakota Fanning w roli Jenny oraz zniewalający Michael Pena w roli detektywa. Ten ostatni jest zresztą najlepszą postacią w tym serialu, jego postępowanie pokazuje, że w każdej sytuacji można być uczciwym i przyzwoitym człowiekiem, nawet jeśli łamie się zasady. Do czego zresztą sam dorasta pod wpływem wydarzeń.
Tytuł jasno sugeruje, kto tu jest winny. Ale to uproszczenie wynikające z naszego odbioru ról w rodzinie. Ojciec może, matka musi. A jak nie daje rady to znaczy – jest winna. A życie udowadnia, że to nie jest prawda. I w tym serialu to jasno widać.
Polecam.
Dom dobry
Celowo nie poszłam do kina, a i z oglądaniem w streamingu zwlekałam parę dni. Wiedziałam, że zaboli i tak się stało. Dużo o nim już mówiono i pisano, więc moja opowieść to tylko moje spojrzenie i mój odbiór tego bardzo ważnego filmu.
To opowieść o związku, w którym pojawia się przemoc poprzedzona mobbingiem, poniżaniem czy upokarzaniem, to historia, która może ostrzegać i uświadamiać wszystkim (i kobietom i mężczyznom) jak to wygląda w dalszej perspektywie. Reżyser tego filmu, Wojciech Smarzowski, oszczędza nam długiej opowieści jak się z pozoru cudowny facet, dbający, romantyczny, opiekuńczy, kochający przemienia się w potwora. Nieco nieczytelnie, trzeba się do tego przyzwyczaić, za pomocą migawek, klipów reżyser pokazuje zmiany w życiu bohaterki, a spotyka ją wszystko: poniżanie, upokarzanie, maltretowanie, bicie, gwałt. Reżyser wprowadza do tego dwutorową narrację nieco przypominającą „Przypadek” Kieślowskiego: co by było gdyby wybrała jedną z możliwości i one się ze sobą przeplatają. W życiu zwykle mamy wybór, tylko że czasem brak nam sił, determinacji i konsekwencji. A w tym przypadku, jak i w wielu innych, musi się to skończyć tragicznie. Przejmująca historia, oparta nie na wymyślonych wypadkach, tylko poparta prawdziwym życiem z którego czerpał Smarzol, zagrana koncertowo przez dwójkę: Agatę Turkot i Tomasza Schuchardta. Ona właśnie za tę rolę otrzymała nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego, a on skwitował rolę: „ktoś tego drania zagrać musiał”. Do tego dochodzi rewelacyjny występ Agaty Kuleszy w roli matki głównej bohaterki.
Napisałam: ważny film. Tak. Bo rozpoczął proces myślenia i mówienia głośno o przemocy w zaciszu domowym, gdzie tak chętnie biega się do kościoła, gdzie tak często za zasłoną wiary ma miejsce dramat. W kraju, w którym jeszcze niedawno chciano wypowiedzieć ratyfikację konwencji stambulskiej.
Bardzo polecam.
Żegnaj, June
Od pewnego czasu trwa pochód filmów których bohaterowie albo zaczynają się godzić z upływem czasu albo żegnają się z życiem. Za takie role biorą się dojrzali znakomici aktorzy, którzy różnie się to robią, ale zawsze warto popatrzeć na odwagę i kunszt aktorski. I właśnie takim filmem jest ten, o którym dziś piszę. Sięgnęłam po niego dla Helen Mirren, która zagrała tu matkę dosyć sporej rodziny: trzy córki – w tym dwie bardzo skłócone, oraz syn, który do tej pory mieszka z rodzicami. Dwie z córek posiadają dzieci i cała ta rozwydrzona grupa pojawia się u matki w szpitalu. Tak naprawdę głównym wabikiem było dla mnie to, że ten film jest reżyserskim debiutem znakomitej brytyjskiej aktorki Kate Winslet i muszę przyznać całkiem udany to debiut. Gra zresztą jedną z córek, towarzyszą jej jak zwykle fantastyczna Toni Collette i mało znana jeszcze Andrea Riseborough, w roli brata wystąpił świetny Johnny Flynn, a ojca niepokojąco zagubiony Timothy Spall. Historia banalna ale wzruszająca jak każda historia rodziny żegnającej się z ukochanym jej członkiem. Mimo niesnasek, niedomówień, niejasności to czas wspólny, który pomoże przetrwać pustkę po stracie. A widz przypomina sobie własne przeżycia albo konfrontuje to ze swoimi wyobrażeniami.
Mam kilka uwag natury formalnej, bo pewne rzeczy są w tym filmie po prostu nierealne. Nie widzimy innych pacjentów, jest dwóch lekarzy dla jednej June, pielęgniarz 24/7, przestrzeń i wolna amerykanka jeśli chodzi o zachowanie odwiedzających. Oraz organizowanie imprez na terenie oddziału, na którym mamy umierającą June. Rozumiem, że twórcy chcieli „wypreparować” sytuację z całości organizmu jakim jest służba zdrowia, ale trochę przesadzili. Ale to są moje zarzuty, mało ważne dla odbioru całości. Bo film wart zatrzymania i przemyślenia.
Brutalista
Ameryka, zwłaszcza zaś USA to miejsce, w którym zamieszkuje najwięcej emigrantów i ich potomków. I pewnie dlatego Amerykanin Brady Corbet nakręcił w 2024 roku film o fikcyjnym węgierskim Żydzie, który w latach 40. ubiegłego wieku zmuszony jest do emigracji do tego amerykańskiego raju na ziemi. Śledzimy losy architekta Laszlo Totha, z wielką wyobraźnią i z wielkim talentem, który zupełnie przypadkiem trafia na bardzo intratne zlecenie. Równocześnie usiłuje ściągnąć do siebie swoją żonę Erzsebet, która utknęła gdzieś na trasie i próbuje dotrzeć do męża. Brady Corbet, aktor, scenarzysta i reżyser stworzył monumentalne, ponad trzygodzinne dzieło, które mnie jednak nie zachwyca kompletnie. Gdyby nie zdjęcia i znakomita muzyka (która zmienia klimat wraz z napisami końcowymi), ale także świetna obsada, zwłaszcza trójka głównych aktorów (Adrien Brody – Oscar za pierwszoplanową rolę męską, Guy Pearce i Felicity Jones) stwierdziłabym że nudy, panie, nudy. Rozwlekła historia, której pewne elementy są zupełnie niepotrzebne (gwałt i jego skutki) czy kilka nie rozwiązanych wątków (los magnata finansowego Lee Van Burena) itd. Generalnie historia nadaje się na serial obyczajowy a nie rozreklamowane wielkie dzieło z przerwą w środku. W kinach wymuszone 15 minut, w streamingu tylko minuta.
Po pierwszym odcinku przestałabym oglądać.
Zamach na papieża
Na Filmwebie opis tego filmu zaczyna się od słów „porywający thriller”. Rzeczywiście. Dawno tak porywającego badziewia nie widziałam. Siedziałam jak zaczarowana wpatrzona w ekran, wsłuchana w dialogi i głęboko zastanawiająca się nad tym jak udało się komukolwiek zrobić taki szajs. A do tego firmowany nazwiskami Władysława Pasikowskiego i Bogusława Lindy. Dobrze, że panowie reklamują to dzieło słowem „ostatni”, bo następny mógłby być nie do zniesienia nawet dla najwytrwalszych wielbicieli ich talentu.
Historię twórcy oparli na prawdziwych wydarzeniach (bułgarski ślad w zamachu na papieża JPII), ale cała ta historia jest tak beznadziejnie wydumana, tak koszmarnie opisana, że człowiek zastanawia się co to za? Komedia? SF? Parodia? Kpina? Franz ma zabić Wojtyłę? Kto na to wpadł w ogóle? Do tego jest to sztywne jak kij od szczotki, a Linda wzorujący się Edwardzie Foxie z „Dnia Szakala” Freda Zinnemanna nie jest nawet śmieszny. Wszyscy robili co mogli, a i tak wyszedł kit. Za to w doborowej obsadzie: Adam Woronowicz, Zbigniew Zamachowski, Ireneusz Czop, Dobromir Dymecki, Wojciech Zieliński czy Karolina Gruszka. Sama postać Bianki jest taka jak większość postaci kobiecych u Pasikowskiego: użyteczna dziwka przechodnia, kwiatek do kożucha, żeby było ładniej.
Odradzam, mimo, że nowość wyprodukowana dopiero co przez tak znanych twórców.
Mr. Mercedes
Tytuł całego serialu to tytuł pierwszej części trylogii Stephena Kinga („Mr. Mercedes„,”Znalezione nie kradzione” i „Koniec warty„), która opowiada historię okrutnego mordercy Brady’ego Hartsfielda i ścigającego go emerytowanego policjanta Billa Hodgesa. To równocześnie przezwisko głównej postaci okrutnego i bezwzględnego bandyty, który właśnie auta marki Mercedes użył do bestialskiego mordu. To także początek historii Holly Gibney, z której usług King korzysta potem w innych opowieściach (np. „Outsider” czy „Holly„).
Ekranizacja wszystkich części jest dość wierna, świetnie zrealizowana i logicznie poprowadzona. Klimat jest taki jak w książkach: terror, niespodzianki, zwroty akcji. Dla tych, którzy nie znają tekstu Kinga, to fascynująca podróż w głąb ludzkich pragnień, psychoz i strachów. Każda z postaci ma problem, każda ma coś, co ją dręczy i z czym walczy. I serial tego nie spłaszcza, wręcz przeciwnie, przez sugestywne i okrutne sceny potęguje odbiór. Dla znających książki to świetne zderzenie własnych wyobrażeń z wyobrażeniami twórców (m.in. David Kelley). Serial powstał w latach 2017-2019 i już jest skończony, choć ostatnia scena to swoiste puszczenie oka do widza. Zagrany jest znakomicie. Bill to przejmujący Brendan Gleeson, w roli Brady’ego wystąpił przerażający Harry Treadway. Towarzyszą im opiekuńcza Holland Taylor, dojrzewający Jhareel Jerome, wzruszajaca Breeda Wool, Kelly Lynch, Mary Louise Parker czy Bruce Dern. Dla mnie najbardziej genialna jest rola Justine Lupe w roli Holly, ta dziewczyna po prostu zwala z nóg. Warto też zwrócić uwagę na czołówkę 3 sezonu, bo mamy tu samego Stephena Kinga w roli…. Nie, nie powiem, odkryjcie sami. Tak trafnie dobrany, że aż się uśmiecham gdy sobie przypominam.
Krótko mówiąc polecam wielbicielom Kinga. A także tym, którzy lubią się bać.
Heweliusz
Jan Holoubek, „nepo baby” czyli syn wielkiego (nie tylko fizycznie) Gustawa i znakomitej aktorki Magdy Zawadzkiej, wyrósł na świetnego reżysera. Już nie „zapowiada się”, a jest. Dwa tytuły o tym świadczą dobitnie, choć nakręcił już o wiele więcej. Słynną „Wielką wodę” mamy już za sobą od kilku lat, teraz natomiast pojawił się ten serial, oparty na równie prawdziwych wydarzeniach. Zrealizowany z rozmachem, rzetelny i widowiskowy. Tragedia promu pasażerskiego płynącego ze Świnoujścia do Ystad przypomina tragedię samolotu lecącego do Smoleńska. Łączy je kilka rzeczy: lekceważenie procedur, stanu technicznego i prognozy pogody. Wszystko w myśl „zmieścisz się śmiało”. Do tego szefowie, którzy chcą ugrać swoje i zmuszają podwładnych do pewnych ustępstw. Oglądamy samą katastrofę, a także sytuację po, gdy próbuje się wyjaśnić jak do niej doszło i znaleźć kozła ofiarnego. Do tego podglądamy tych, którzy przeżyli oraz sytuację rodzin ofiar. A całość serialu skonstruowana jest tak, że napięcie nie opada, bo w każdym odcinku mamy wszystkiego po trochu. I przed widzem po kawałku odsłania się pełen obraz sprzed i w trakcie tragedii. Rzecz jasna jest to wizja twórców (Jan Holoubek i Kasper Bajon), ale oparta na rzetelnym riserczu. Znając nas, sytuację w kraju i charaktery ludzi ta wizja jest wielce prawdopodobna. Filmowo znakomita, nakręcona z rozmachem. Aktorsko świetna, na pierwszy plan wybija się postać wykreowana przez Konrada Eleryka, który ostatnio pojawia się coraz częściej i bardzo dobrze, bo ma wielki talent. Występują także fantastyczna Magdalena Różczka, Michał Żurawski, Michalina Łabacz, Justyna Wasilewska, Andrzej Konopka czy Tomasz Schuchardt. W roli kapitana Ułasiewicza wystąpił rewelacyjny Borys Szyc. Warto zauważyć małą, ale znaczącą rolę Magdaleny Zawadzkiej. Pierwszy raz w filmie syna, ale jak Holoubek stwierdził, do tej pory nie miał dla niej odpowiedniej roli. A w tych kilku scenach Zawadzka jest świetna: kulturalna, troskliwa matka w bardzo eleganckich wnętrzach.
Polecam serial, choć wiem, że nie muszę, bo jest to wydarzenie.
Glina
Serial powstawał w latach 2003 2008 i wydawało mi się, że go widziałam, tylko słabo pamiętam. Jak się zrobił szum po zapowiedziach dalszego ciągu postanowiłam sobie przypomnieć i okazało się, że nie znam wcale. I obejrzałam z wielką satysfakcją 25 odcinków, które są świetnie zrealizowane, wyreżyserowane (w końcu całość zrobił Władysław Pasikowski) i rewelacyjnie zagrane. Bo grają wszyscy święci polskiego kina od Jerzego Radziwiłłowicza i bardzo młodego Maćka Stuhra zaczynając. Mamy tu m. in. takich jak Jacek Braciak, Agnieszka Pilaszewska, Urszula Grabowska, Mariusz Bonaszewski, Marian Dziędziel, Anna Cieślak, Robert Gonera, Anna Radwan, Sławomir Orzechowski oraz w epizodzie Wieńczysław Gliński. Jesteśmy wśród śledczych z wydziału zabójstw stołecznej komendy policji, którzy prowadzią dochodzenia w różnych sprawach. Sprawy przeplatają się, mieszają i uzupełniają. Głównymi bohaterami są nadkomisarz Andrzej Gajewski, komisarz Bonifacy Jóźwiak i kompletnie nowy w grupie podkomisarz Artur Banaś. Początkowo pojawia się jeszcze komisarz Jerzy Pawlak. Stałymi elementami gry policyjnej jest szef nadinspektor Malicki, psycholog policyjny Grażyna Janowska czy patolog Olga Seifert. Pojawia się także grupa gangsterów (Tosiek, Carlos, Pulpet, Pęczak czy Miazga), a także osoby związane rodzinnie z bohaterami. Np. partnerka Gajewskiego Agata Jeżewska, córka Gajewskiego Julia czy ojciec Banasia. Sprawy są zwykle brutalne, skomplikowane, spędzają policjantom sen z powiek i powodują napięcia rodzinne. Dialogi dowcipne, choć główny bohater nieco zdystansowany i wydaje się zobojętniały na to, co widzi. Ale ogląda się to naprawdę dobrze, bo i aktorów fajnie zobaczyć 17 lat młodszych. Z niecierpliwością czekam na to, co dokręcono po latach.