Brutalista

Ameryka, zwłaszcza zaś USA to miejsce, w którym zamieszkuje najwięcej emigrantów i ich potomków. I pewnie dlatego Amerykanin Brady Corbet nakręcił w 2024 roku film o fikcyjnym węgierskim Żydzie, który w latach 40. ubiegłego wieku zmuszony jest do emigracji do tego amerykańskiego raju na ziemi. Śledzimy losy architekta Laszlo Totha, z wielką wyobraźnią i z wielkim talentem, który zupełnie przypadkiem trafia na bardzo intratne zlecenie. Równocześnie usiłuje ściągnąć do siebie swoją żonę Erzsebet, która utknęła gdzieś na trasie i próbuje dotrzeć do męża. Brady Corbet, aktor, scenarzysta i reżyser stworzył monumentalne, ponad trzygodzinne dzieło, które mnie jednak nie zachwyca kompletnie. Gdyby nie zdjęcia i znakomita muzyka (która zmienia klimat wraz z napisami końcowymi), ale także świetna obsada, zwłaszcza trójka głównych aktorów (Adrien Brody – Oscar za pierwszoplanową rolę męską, Guy Pearce i Felicity Jones) stwierdziłabym że nudy, panie, nudy. Rozwlekła historia, której pewne elementy są zupełnie niepotrzebne (gwałt i jego skutki) czy kilka nie rozwiązanych wątków (los magnata finansowego Lee Van Burena) itd. Generalnie historia nadaje się na serial obyczajowy a nie rozreklamowane wielkie dzieło z przerwą w środku. W kinach wymuszone 15 minut, w streamingu tylko minuta.
Po pierwszym odcinku przestałabym oglądać.

Zamach na papieża

Na Filmwebie opis tego filmu zaczyna się od słów „porywający thriller”. Rzeczywiście. Dawno tak porywającego badziewia nie widziałam. Siedziałam jak zaczarowana wpatrzona w ekran, wsłuchana w dialogi i głęboko zastanawiająca się nad tym jak udało się komukolwiek zrobić taki szajs. A do tego firmowany nazwiskami Władysława Pasikowskiego i Bogusława Lindy. Dobrze, że panowie reklamują to dzieło słowem „ostatni”, bo następny mógłby być nie do zniesienia nawet dla najwytrwalszych wielbicieli ich talentu.
Historię twórcy oparli na prawdziwych wydarzeniach (bułgarski ślad w zamachu na papieża JPII), ale cała ta historia jest tak beznadziejnie wydumana, tak koszmarnie opisana, że człowiek zastanawia się co to za? Komedia? SF? Parodia? Kpina? Franz ma zabić Wojtyłę? Kto na to wpadł w ogóle? Do tego jest to sztywne jak kij od szczotki, a Linda wzorujący się Edwardzie Foxie z „Dnia Szakala” Freda Zinnemanna nie jest nawet śmieszny. Wszyscy robili co mogli, a i tak wyszedł kit. Za to w doborowej obsadzie: Adam Woronowicz, Zbigniew Zamachowski, Ireneusz Czop, Dobromir Dymecki, Wojciech Zieliński czy Karolina Gruszka. Sama postać Bianki jest taka jak większość postaci kobiecych u Pasikowskiego: użyteczna dziwka przechodnia, kwiatek do kożucha, żeby było ładniej.
Odradzam, mimo, że nowość wyprodukowana dopiero co przez tak znanych twórców.

Mr. Mercedes

Tytuł całego serialu to tytuł pierwszej części trylogii Stephena Kinga („Mr. Mercedes„,”Znalezione nie kradzione” i „Koniec warty„), która opowiada historię okrutnego mordercy Brady’ego Hartsfielda i ścigającego go emerytowanego policjanta Billa Hodgesa. To równocześnie przezwisko głównej postaci okrutnego i bezwzględnego bandyty, który właśnie auta marki Mercedes użył do bestialskiego mordu. To także początek historii Holly Gibney, z której usług King korzysta potem w innych opowieściach (np. „Outsider” czy „Holly„).
Ekranizacja wszystkich części jest dość wierna, świetnie zrealizowana i logicznie poprowadzona. Klimat jest taki jak w książkach: terror, niespodzianki, zwroty akcji. Dla tych, którzy nie znają tekstu Kinga, to fascynująca podróż w głąb ludzkich pragnień, psychoz i strachów. Każda z postaci ma problem, każda ma coś, co ją dręczy i z czym walczy. I serial tego nie spłaszcza, wręcz przeciwnie, przez sugestywne i okrutne sceny potęguje odbiór. Dla znających książki to świetne zderzenie własnych wyobrażeń z wyobrażeniami twórców (m.in. David Kelley). Serial powstał w latach 2017-2019 i już jest skończony, choć ostatnia scena to swoiste puszczenie oka do widza. Zagrany jest znakomicie. Bill to przejmujący Brendan Gleeson, w roli Brady’ego wystąpił przerażający Harry Treadway. Towarzyszą im opiekuńcza Holland Taylor, dojrzewający Jhareel Jerome, wzruszajaca Breeda Wool, Kelly Lynch, Mary Louise Parker czy Bruce Dern. Dla mnie najbardziej genialna jest rola Justine Lupe w roli Holly, ta dziewczyna po prostu zwala z nóg. Warto też zwrócić uwagę na czołówkę 3 sezonu, bo mamy tu samego Stephena Kinga w roli…. Nie, nie powiem, odkryjcie sami. Tak trafnie dobrany, że aż się uśmiecham gdy sobie przypominam.
Krótko mówiąc polecam wielbicielom Kinga. A także tym, którzy lubią się bać.

Heweliusz

Jan Holoubek, „nepo baby” czyli syn wielkiego (nie tylko fizycznie) Gustawa i znakomitej aktorki Magdy Zawadzkiej, wyrósł na świetnego reżysera. Już nie „zapowiada się”, a jest. Dwa tytuły o tym świadczą dobitnie, choć nakręcił już o wiele więcej. Słynną „Wielką wodę” mamy już za sobą od kilku lat, teraz natomiast pojawił się ten serial, oparty na równie prawdziwych wydarzeniach. Zrealizowany z rozmachem, rzetelny i widowiskowy. Tragedia promu pasażerskiego płynącego ze Świnoujścia do Ystad przypomina tragedię samolotu lecącego do Smoleńska. Łączy je kilka rzeczy: lekceważenie procedur, stanu technicznego i prognozy pogody. Wszystko w myśl „zmieścisz się śmiało”. Do tego szefowie, którzy chcą ugrać swoje i zmuszają podwładnych do pewnych ustępstw. Oglądamy samą katastrofę, a także sytuację po, gdy próbuje się wyjaśnić jak do niej doszło i znaleźć kozła ofiarnego. Do tego podglądamy tych, którzy przeżyli oraz sytuację rodzin ofiar. A całość serialu skonstruowana jest tak, że napięcie nie opada, bo w każdym odcinku mamy wszystkiego po trochu. I przed widzem po kawałku odsłania się pełen obraz sprzed i w trakcie tragedii. Rzecz jasna jest to wizja twórców (Jan Holoubek i Kasper Bajon), ale oparta na rzetelnym riserczu. Znając nas, sytuację w kraju i charaktery ludzi ta wizja jest wielce prawdopodobna. Filmowo znakomita, nakręcona z rozmachem. Aktorsko świetna, na pierwszy plan wybija się postać wykreowana przez Konrada Eleryka, który ostatnio pojawia się coraz częściej i bardzo dobrze, bo ma wielki talent. Występują także fantastyczna Magdalena Różczka, Michał Żurawski, Michalina Łabacz, Justyna Wasilewska, Andrzej Konopka czy Tomasz Schuchardt. W roli kapitana Ułasiewicza wystąpił rewelacyjny Borys Szyc. Warto zauważyć małą, ale znaczącą rolę Magdaleny Zawadzkiej. Pierwszy raz w filmie syna, ale jak Holoubek stwierdził, do tej pory nie miał dla niej odpowiedniej roli. A w tych kilku scenach Zawadzka jest świetna: kulturalna, troskliwa matka w bardzo eleganckich wnętrzach.
Polecam serial, choć wiem, że nie muszę, bo jest to wydarzenie.

Glina

Serial powstawał w latach 2003 2008 i wydawało mi się, że go widziałam, tylko słabo pamiętam. Jak się zrobił szum po zapowiedziach dalszego ciągu postanowiłam sobie przypomnieć i okazało się, że nie znam wcale. I obejrzałam z wielką satysfakcją 25 odcinków, które są świetnie zrealizowane, wyreżyserowane (w końcu całość zrobił Władysław Pasikowski) i rewelacyjnie zagrane. Bo grają wszyscy święci polskiego kina od Jerzego Radziwiłłowicza i bardzo młodego Maćka Stuhra zaczynając. Mamy tu m. in. takich jak Jacek Braciak, Agnieszka Pilaszewska, Urszula Grabowska, Mariusz Bonaszewski, Marian Dziędziel, Anna Cieślak, Robert Gonera, Anna Radwan, Sławomir Orzechowski oraz w epizodzie Wieńczysław Gliński. Jesteśmy wśród śledczych z wydziału zabójstw stołecznej komendy policji, którzy prowadzią dochodzenia w różnych sprawach. Sprawy przeplatają się, mieszają i uzupełniają. Głównymi bohaterami są nadkomisarz Andrzej Gajewski, komisarz Bonifacy Jóźwiak i kompletnie nowy w grupie podkomisarz Artur Banaś. Początkowo pojawia się jeszcze komisarz Jerzy Pawlak. Stałymi elementami gry policyjnej jest szef nadinspektor Malicki, psycholog policyjny Grażyna Janowska czy patolog Olga Seifert. Pojawia się także grupa gangsterów (Tosiek, Carlos, Pulpet, Pęczak czy Miazga), a także osoby związane rodzinnie z bohaterami. Np. partnerka Gajewskiego Agata Jeżewska, córka Gajewskiego Julia czy ojciec Banasia. Sprawy są zwykle brutalne, skomplikowane, spędzają policjantom sen z powiek i powodują napięcia rodzinne. Dialogi dowcipne, choć główny bohater nieco zdystansowany i wydaje się zobojętniały na to, co widzi. Ale ogląda się to naprawdę dobrze, bo i aktorów fajnie zobaczyć 17 lat młodszych. Z niecierpliwością czekam na to, co dokręcono po latach.

Lioness

Znowu Taylor Sheridan, jeszcze chwilę a zostanę fanką. Na razie jestem na etapie podziwu dla jego kreatywności, pracowitości i konsekwencji. Tym razem odkopałam na SkyShowTime kolejny serial, znany również pod tytułem „Special Ops: Lioness„, który znowu wyszedł spod jego ręki w 2023 roku (twórca, scenarzysta, producent, reżyser i aktor) i jak na razie kończy się sezonem drugim (odcinków w każdym zaledwie 8), choć na stronach widnieje zwrot „on hiatus”, znaczy będzie ciąg dalszy. Miał być w sierpniu tego roku, ale coś się opóźnia. I fajnie że będzie, bo ogląda się szybko i nie jest nudno. Tym razem obserwujemy pracę CIA oraz amerykańskich sił specjalnych. Poznajemy grupę agentów, których szefowa pracuje nad wykreowaniem kolejnej agentki do samobójczej akcji. Brutalne, ale nie pozbawione ludzkich cech postacie, działania pod przykrywką pomieszane z widowiskiem, moralne problemy zabójców i ich prześladowców, a także ich życie prywatne. To dostajemy w pakiecie, w którym, poza epizodami z Taylorem Sheridanem, występują duże gwiazdy: Zoe Saldana, Nicole Kidman, Michael Kelly czy Morgan Freeman. Towarzyszą im Laysla De Oliveira, uroczo rozczulający Dave Annable, Jill Wagner czy LaMonica Garrett. Mnie się bardzo podoba, polecam.

Aniołowie są wśród nas

Alan Ritchson, odtwórca Jacka Reachera w popularnym serialu, chciał chyba udowodnić, że nie jest tylko napakowanym mięśniakiem i bardzo męskim jedynym sprawiedliwym i dlatego zatrudnił się w prostej, żeby nie powiedzieć banalnej historii. Ten zeszłoroczny film w reżyserii Jona Gunna ma na celu wycisnąć łzy wzruszenia z oczu widzów. Opowieść oparta jest na faktach: oto mamy mamę, tatę i dwie córeczki. Najmłodsza się właśnie urodziła, ale mama, ciężko chora, niestety zbyt szybko umiera. Okazuje się, że teraz wdowiec musi walczyć o życie i zdrowie tej najmłodszej pociechy, która czeka na przeszczep wątroby. Do tego mimo ciężkiej pracy nie udaje się zapłacić za leki i leczenie, więc ojciec wpada w długi. I pojawia się nagle kobieta, współwłaścicielka gabinetu fryzjerskiego, która sama ma wiele problemów rodzinnych i ze sobą samą. Jest alkoholiczką, która straciła kontakt z synem. Ale widok nieszczęścia dziewczynek i ich ojca pomaga Sharon wziąć się w garść. I mało, że sama wygrywa za sobą i ze swoimi problemami, to jeszcze mobilizuje lokalną społeczność do pomocy. Koniec jest od początku znany, wszystko jest schematyczne i proste, ale jednak kibicujemy bohaterom. Tym bardziej, że wiemy, że to historia prawdziwa i portrety rzeczywistych bohaterów opowieści realizatorzy pokażą widowni na sam koniec filmu. Ritchson dał radę roli walczącego ojca, nawet chwile załamania są bardzo przekonujące. Towarzyszy mu Hilary Swank w roli Sharon. Polecam tym, którzy lubią się wzruszać przy prostych historiach.

Robert Redford

Dziś będzie kompletnie inaczej, ale po prostu muszę. Od kiedy pamiętam jestem fanką tego pana i wszystkich jego aktywności. Był aktorem, reżyserem, artystą, twórcą festiwalu filmów niezależnych i w ogóle propagatorem kina niezależnego.

Odszedł właśnie, w domu wśród bliskich, we śnie w wieku 89 lat. Podziwiałam głęboko jego talent, kochałam urok, wdzięk i urodę złotego chłopca Hollywood. Pierwszy film z jego udziałem zobaczyłam w katowickim kinie Kosmos i było to słynne, cudowne i przewrotne „Żądło„(1973) z udziałem Paula Newmana i oprawione muzyką Scotta Joplina. Po tym pierwszym seansie uwielbiałam oglądać ten film z innymi, którzy jeszcze nie znali końcowego twista. Bardzo mnie to zawsze bawiło – rozpacz, a potem radość.
Potem starałam się zobaczyć wszystko co RR nakręcił. Nie będę tu wyliczać listy jego filmów, przypomnę te tytuły, które mi jakoś rezonują w głowie i pamięci.
I tak chcąc nie chcąc będzie to wyliczanka. Zrobił dużo, każdy wywarł wrażenie.
Po pierwsze „Obława” (1966), w którym zagrał z Marlonem Brando, była objawieniem, czas byłoby powtórzyć i zobaczyć jak to odbieram dzisiaj.
Dopiero przed kilku laty zobaczyłam jeden z jego pierwszych filmów, z gatunku zabawnych i bardzo przyjemnych „Boso w parku” (1967), w którym wystąpił z Jane Fondą. W 2017 zaś wystąpili razem w ciekawych „Naszych nocach” i fajnie porównać ze sobą te dwa obrazy. U zarania i u schylku.
Oczywiście zawsze dobrze i z uśmiechem wspominam „Butcha Cassidy i Sundance Kida„(1969), gdzie duet z Newmanem jest równie cudowny jak w „Żądle„. „Był tu Willie Boy„(1969) i „Jeremiah Johnson” (1972) to dzieła ważne, warte powtórnego obejrzenia po latach.
Romansowo-polityczne „Tacy byliśmy„(1973) czy „Wielkiego Gatsby„(1974) zawsze się dobrze ogląda. „Trzy dni Kondora„(1975) (fantastyczna scena erotyczna z Faye Dunaway) i przełomowych „Wszystkich ludzi prezydenta” (1976) widziałam kilka razy, zawsze z wielkim zachwytem.
Najważniejsze było „Pożegnanie z Afryką” (1985), które stało się moją obsesją i w pierwszym tygodniu po premierze widziałam to pięć razy. A potem jeszcze kilkanaście, mogę go zresztą oglądać zawsze i od każdej sceny. Do tego przyszła fascynacja Karen Blixen i marzenie by odwiedzić jej dom w Kenii.
Orły Temidy„(1986) bawią mnie do dziś, zwłaszcza sceny bezsennej nocy. „Niemoralną propozycję„(1993), mało znaną „Hawanę” (1990) i „Zaklinacza koni„(1998) (scena tańca jest dla mnie tak bardzo erotyczna, że bardziej nie można) mogłabym również oglądać w kółko.
Oczywiście „Więźnia Brubackera„, „Ostatni bastion” czy „Zawód szpieg” oglądałam z równą przyjemnością patrzenia na niego. Pod koniec życia zagrał w kilku znakomitych filmach. Pierwszy to „Niedokończone życie” (2005), gdzie zagrał z Jennifer Lopez. Drugi to „Wszystko stracone„(2013) o żeglarzu, który samotnie przemierza ocean i RR nie mówi ani słowa. Samotność, opuszczenie i walka z żywiołem. A o trzecim też niedawno pisałam, że to nieprawdopodobnie trafne pożegnanie z pracą aktora czyli „Gentleman z rewolwerem” (2018).
To filmy w których grał. Ale RR tez reżyserował. „Zwyczajni ludzie” (1980), za którego dostał Oscara za najlepszy film, „Rzeka życia” (funkcjonuje też jako „Rzeka wspomnień„, 1992), „Ukryta strategia” (2007) czy „Reguła milczenia” (2012).
Zostawił po sobie żal i smutek, ale zostały filmy, którymi możemy się pocieszać po stracie. Patrzeć na złotego chłopca z łobuzerskim uśmiechem, na który łapali się chyba wszyscy.

Wind River. Na przeklętej ziemi

Odszedł właśnie Graham Greene, wybitny aktor pochodzący z Pierwszych Narodów i postanowiłam zobaczyć Go w jednym z ostatnich filmów, w którym zagrał. Jak zwykle nie była to główna rola, bo aktor specjalizował się w rolach drugoplanowych, ale jak zwykle samym swoim pojawieniem „kradnie show”. Nominowany był zresztą do Oscara za drugoplanową rolę Kopiącego Ptaka w „Tańczącym z wilkami” Costnera. Film, o którym dziś piszę, zrealizował w 2017 roku Taylor Sheridan, o którym ostatnio często u mnie na blogu po „Yellowstone„. To historia tropiciela dzikich zwierząt, myśliwego, który trafia na zwłoki przyjaciółki swojej nieżyjącej córki i razem z agentką FBI próbuje rozwikłać tajemnicę jej śmierci. Intryga niezbyt wymyślna, ale kręcimy się po bezdrożach Wyoming wraz z całą grupą świetnych aktorów. Nudy nie ma. Sheridan zatrudnił wielu znanych, w roli głównej wystąpił Jeremy Renner, a towarzyszy mu Elisabeth Olsen. Poza tym poza Greenem, który tu gra miejscowego szeryfa, kilku aktorów, których potem Sheridan zatrudnił przy realizacji następnych swoich „kowbojskich” historii np. śliczna Kelsey Asbille, monumentalny Gil Birmingham, Martin Sensmeier czy Jon Bernthal. Pojawia się także m. in. Tantoo Cardinal, którą pamiętamy z roli Czarnego Szala w historii Costnera. Historia ponura, utopiona w zimnie i śniegu, ale ogląda się naprawdę całkiem dobrze.

Wybór

Brytyjska tegoroczna produkcja, 5 krótkich odcinków czyli właściwie dłuższy film. Ogląda się szybko, bo trzyma w napięciu i nie ma co dzielić na kilka seansów. Główna bohaterka to premier GB Abigail Dalton, która właśnie prowadzi twarde negocjacje z prezydentką Francji, Vivienne Toussaint, w sprawie dostaw leków i pomocy medycznej. W tym samym czasie, jej mąż Alex Dalton, lekarz pracujący w organizacji Lekarze Bez Granic, zostaje porwany. Porywacze mają jeden cel: ustąpienia pani premier ze stanowiska. Czemu tego pragną okaże się na samym końcu, ale myślę, że to jest jasne od początku: dla jednych to zemsta, dla innych przejęcie władzy. Dylematem Dalton natomiast jest wybór: dobro rodziny czy dobro kraju? A jak postawi na dobro kraju to czy to nie oznacza stawiania władzy i ambicji na pierwszym miejscu? Dobrze postawione pytania, niezła akcja i jej zwroty, dobra gra aktorska. Nie ma wielkich nazwisk poza jednym, bardzo zaskakującym, choć bardzo na miejscu. Otóż prezydentkę Francji zagrała Julie Delpy, która wraz z Suranne Jones w roli Dalton robi robotę. Niezły duet polityczek na najwyższych europejskich stanowiskach. Choć pewne rzeczy sprawiają wrażenie, że scenariusz ktoś chwilami pisał na bieżąco, do tego na kolanie. Ale to fajna propozycja na letni wieczór, więc polecam.