Ministranci

Chyba nie mogłam sobie wybrać lepszego filmu na poniedziałek wielkanocny. Ten zeszłoroczny film Piotra Domalewskiego, zdobywca Orła Publiczności oraz Orła za najlepszy scenariusz jest rewelacyjny. Świeży, dowcipny, mądry. I mocny. Zwłaszcza ostatnia scena. Opowieść o czterech chłopakach, którzy służąc do mszy w kościele i mając również swoje dziecięce (i nie tylko, zwłaszcza Filip) problemy, postanawiają siać dobro na zewnątrz. Zabierają się do tej swojej misji z fantazją, bo są inteligentni i bardzo wrażliwi na krzywdę ludzką, ale że są tylko nastolatkami to wychodzi z tego coś, co kwituje ksiądz jednym końcowym zdaniem. Nie zepsuję odbioru, ale polecam gorąco, ten film mówi o nas więcej niż się na pierwszy rzut oka wydaje. I zostaje w głowie na dłużej. Podaje nam mądrość lekko i dowcipnie, do tego okraszone jest rapem chłopców z małego miasteczka. Znakomite zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jr oraz świetny montaż Agnieszki Glińskiej. W obsadzie z dorosłych i znanych aktorów należy podkreślić dwa nazwiska: Sławomira Orzechowskiego w roli proboszcza oraz Tomasza Schuchardta w roli rekolekcjonisty z Kurii. Natomiast szczególną uwagę należy zwrócić na młodych, a więc Bruna Błach – Baara oraz Mikołaja i Filipa Juszczyków. Najcudowniejszy jednak aktorsko jest odtwórca roli Filipa, przywódcy grupy, Tobiasz Wajda. Czapki z głów, moi państwo, urodził się nam nowy talent. Warto zwrócić uwagę na buzię tego chłopaka w scenach rozmów z księżmi. Jeśli nie znacie tego filmu nie zwlekajcie. Warto naprawdę.

Peaky Blinders: Nieśmiertelny

Przed laty pisałam o tym serialu, opowieści o gangu Peaky Blinders z Birmingham, teraz pojawiła się historia zamykająca tamtą opowieść. Niektórzy piszą, że to niepotrzebne, ale moim zdaniem to dobre wyjście. Bo to zamyka rozdział, w którym szefem gangu jest Tommy Shelby, postać tragiczna. Film zajmuje się latami po tamtych wydarzeniach, Tommy się izoluje z dala od świata ale życie wzywa go znowu. Musi pomóc swojemu synowi, który zostaje wplątany w spisek związany z nazistami i fałszywymi pieniędzmi. Film jest mroczny i przejmujący jak cały serial, nad którym zresztą czuwał Steven Knight. Chwała mu za to, że był konsekwenty i umiejętnie poprowadził narrację. Twórcy zaangażowali zresztą świetnych aktorów. Rewelacyjny Cillian Murphy w roli Tommy’ego, nie mogło być inaczej, ale pojawia się też cudownie zdolny młody Barry Keoghan jako jego syn Duke. Mamy też Tima Rotha, Stephena Grahama czy Rebeccę Ferguson. Przyznam się, że ostatnia scena wycisnęła u mnie łzy, a przejmująca muzyka zostanie ze mną na zawsze. A, „Red right hand” Nicka Cave’a, która towarzyszyła czołówce serialu tu pojawia się także ale trzeba się wsłuchać by ją rozpoznać. Jednym słowem: dla wielbicieli serialu to absolutny must see, bo wyjaśnia wiele rzeczy. I kończy historię.
Nie mogę sobie odmówić, uwaga, to spoiler:

https://www.youtube.com/watch?v=TYmDw7lLgk4

Jedna bitwa po drugiej

Sytuacja w kraju i za granicami spowodowała w tym roku, że kompletnie wyleciały mi z głowy nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej czyli Oscary. Gdyby nie sieć to przeoczyłabym nawet werdykt. W związku z tym zawirowaniem spośród wszystkich nominowanych filmów udało mi się obejrzeć jeden, ale za to dwa razy.
I właśnie ten film wygrał. Pierwszy raz obejrzałam gdy pojawił się w dystrybucji, ale chyba wtedy zbyt byłam rozkojarzona na tego typu historię, bo po seansie wzruszyłam ramionami: co to za? Ale teraz zobaczyłam obraz Paula Thomasa Andersona w pełnym skupieniu i ….. bardzo mi się podobał. Chyba aż tak, że obejrzę go kiedyś po raz kolejny. Film jest pod każdym względem znakomity: niebanalna intryga; niesamowite tempo, które nie pozwala odetchnąć; rewelacyjnie poprowadzeni bardzo dobrzy aktorzy; zabawne dialogi oraz świetne zdjęcia i muzyka. Trzeba się bardzo skupić, bo tempo jest zabójcze i można się pogubić, a szkoda by było. Film składa się z dwóch części, które wiążą bohaterowie. Przed piętnastoma laty rewolucjonista Pat, który wraz z innymi uwalniał nielegalnie przetrzymywanych imigrantów, dzisiaj jest naćpanym i zawianym obywatelem, który jako Bob Ferguson wychowuje córkę. Matka to rewolucjonistka, która zniknęła w mrokach dziejów. Bob i Willa ukrywają się, ale pojawia się ktoś sprzed lat, który ma z nimi problem i chce go rozwiązać. I zaczyna się pościg, w którym naszej parze pomagają umiejętnie poukrywani inni post rewolucjoniści. Zbyt dużo nie mogę napisać, bo mogę zepsuć odbiór, ale zajmę się obsadą. Boba/Pata zagrał bardzo dobrze Leonardo di Caprio, który jest rozlazły, bez nadęcia i zadęcia gra sponiewieranego życiem faceta. Willa to bardzo dobra i wyrazista Chase Infinity. Ale mistrzostwo to dwaj panowie. Pierwszy to Benicio del Toro, którego spokojny sensei Sergio po prostu rozwala system. Zwłaszcza w scenach z rozhisteryzowanym Bobem/di Caprio. Del Toro był nominowany do Oscara za tę rolę.
A drugi to laureat kolejnego Oscara właśnie za rolę Stevena J. Lockjawa czyli Sean Penn. Pułkownik budzi różne uczucia i duża w tym zasługa wielkiego aktora, jakim jest Penn. Na gali w L.A. aktor był nieobecny, bo pojechał na Ukrainę, której prezydentowi już wcześniej podarował jedną ze swoich dotychczasowych dwóch statuetek.
Polecam ten film, jest dostępny w HBO Max. Otrzymał: Oscara dla filmu roku i dla najlepszego reżysera (Paul Thomas Anderson), poza Oscarem dla Penna (drugoplanowa rola) za najlepszy scenariusz adaptowany, casting i montaż.
W pełni zasłużenie.

Newsreader

Bardzo dobry, niezbyt długi (właśnie wszedł trzeci sezon, każdy ma po sześć prawie godzinnych odcinków) australijski serial, którego akcja rozgrywa się w latach 80. I trzeba przyznać doskonale trzyma klimat tych lat w scenografii, fryzurach, makijażu, muzyce itd. Bohaterami są prowadzący oraz ekipa realizatorów wieczornego programu informacyjnego w jednym z komercyjnych kanałów telewizyjnych. Poznajemy dwójkę: gwiazdę tv, przebojową Helen Norville i zaczynającego karierę Dale’a Jenningsa. Tak naprawdę te 18 odcinków to historia kariery i upadku tego młodego człowieka, który może liczyć na wsparcie koleżanki. Oboje mają swoje tajemnice, ale nie przeszkadza im to być ze sobą w różny sposób na różnych etapach życia i kariery. Serial pokazuje zanikanie telewizji stabilnej, jakiej już nie ma i powstawanie nowego typu telewizji informacyjnej. Z takiej opowiadanej i pokazywanej z opóźnieniem, gdy wszystko co ważne musiało być zebrane i wyemitowane w jednym programie informacyjnym o stałej porze, nowo powstająca telewizja to telewizja reaktywna, która wraz ze swoimi reporterami nadaje na żywo z miejsc, gdzie dzieje się jakaś ważna historia. Czasem ekipa trafia na miejsce zdarzenia przypadkiem i tak jest właśnie w pewnej historii Dale’a, dzięki której staje się znany. Serial opowiada o zdobywaniu informacji i relacjach z różnych miejsc. Np. ekipa zajmuje się ślubem stulecia czyli księcia Karola z Dianą Spencer, katastrofą promu kosmicznego Challenger czy relacjonuje lot komety Halleya. To jest połowa lat 80. a więc wybucha panika na tle nowo odkrytej choroby AIDS i wszystkie ruchy anty LGBT oskarżają o jej powstawanie i przenoszenie wyłącznie przez homoseksualistów. Tym bardziej, że kontakty homoseksualne były w Australii zakazane do 1997 roku czyli jeszcze ponad 10 lat. Albo zaczyna się głośno mówić, wreszcie bez piętnowania, o psychiatrii, chorobie dwubiegunowej czy psychoterapii.
W trzecim sezonie jest już rok 1989 i dziennikarze zajmują się 4 czerwca masakrą w Pekinie na placu Niebiańskiego Spokoju oraz 7 listopada zburzeniem muru berlińskiego. I trzeba przyznać ostatnie ujęcia Dale’a na tle muru niosą nadzieję, że nowa dekada będzie zarówno dla bohaterów jak i świata czymś lepszym. Koniec jest optymistyczny, przynajmniej ja to tak widzę. Jak pisałam, serial nie jest głupi, opowiada historie ze świata, a także opowiada o prywatnych problemach bohaterów, które także nie są proste. Zachwycona jestem aktorami, zwłaszcza odtwórcami głównych ról, to Anna Torv i Sam Reid. Naprawdę są znakomici. Polecam, jest intryga, jest tempo i jest na co popatrzeć. Zwłaszcza jeśli pamięta się lata 80, lata watowanych marynarek i zabawnych fryzur.

Sullivan’s Crossing

Pisałam kiedyś o „Virgin River„, to moje takie guilty pleasure. I teraz, zupełnie przypadkiem, trafiłam na opowieść, która – mam uczucie – dzieje się po drugiej stronie tej samej rzeki. Już nie udajemy, że jesteśmy w Kalifornii, tylko naprawdę w Kanadzie, bo rzecz dzieje się w małej miejscowości Timberlake w Nowej Szkocji. Mała społeczność, wszyscy się znają, wspierają i żyją obok siebie. I właśnie tu po 15 latach nieobecności pojawia się Maggie, która tu ma ojca. Wyrwana przed laty z tego środowiska przez matkę i jej nowego męża, dorosła i wykształciła się w Bostonie. I tam robi karierę wybitnej neurochirurżki (znowu medycyna, jak w VR), zamierza wyjść za mąż za faceta, który jest również obiecującym lekarzem. Ale bezpodstawne oskarżenie o spowodowanie śmierci pacjenta stawia ją w sytuacji, w której chce się odnaleźć i postanawia zobaczyć skąd ją przed laty zabrano. Chce się także dowiedzieć czemu ojciec o nią nie walczył. Tak zaczyna się ta historia, w klimacie, postaciach i sposobie prowadzenia narracji siostra bliźniaczka „Virgin River„. Nie dziwię się, bowiem obie opowieści oparte są na książkach Robyn Carr. Dodatkowo pojawiają się elementy etniczne, bo w miasteczku mieszkają również przedstawiciele First Nations, co historii dodaje kolorytu, również w scenografii. Obsada nowa właściwie w całości, poza Scottem Pattersonem (znamy go z „Kochane kłopoty„) w roli Harry’ego Sully Sullivana, oraz dwóch pań zabranych z VR – Lyndy Boyd i Lauren Hammersley. Rolę Maggie powierzono Morgan Kohan, a obiekt jej uczuć na tym zadupiu pięknie odtwarza Chad Michael Murray, którego w ogóle nie kojarzę z niczego. I bardzo dobrze. Polecam relaks na Przystani Sully’ego, na Netflixie są dostępne dwa sezony po 10 odcinków, trzeci już się pojawił i lada chwila będzie premiera czwartego. Czekam, bo ogląda się bardzo przyjemnie.

Ołowiane dzieci

Ta historia jest mi dobrze znana, bo mieszkam w Katowicach prawie od urodzenia i to, co działo się w Szopienicach, dzielnicy mojego miasta, znam z rozmów rodziców i znajomych. Na tyle daleko mieszkałam, że mnie nie dotknęło, ale jednak w tym samym mieście. Zresztą, nazwa mojej Koszutki pada wraz z określeniem „najlepsza dzielnica” i rzeczywiście Mirosław Neinert, grający szefa wydziału zdrowia w UW, pokazuje głównej bohaterce nowo wbudowaną (wtedy) przychodnię na ul. Ordona. 
Serial Macieja Pieprzycy, który pojawił się na Netflixie, to 6 odcinków historii opartej na prawdziwych wydarzeniach, nieco zmodyfikowanych na potrzeby fabuły, intrygi czy wymagań producenckich. Nieścisłości budzą sprzeciw, zwłaszcza tych, którzy byli bezpośrednio związani z sytuacją, ale jeśli chodzi o główny problem to jest on pokazany rzetelnie i myślę że uczciwie. Podkreślmy – to nie jest dokument, a serial inspirowany prawdziwymi wydarzeniami.
Oto młoda lekarka, Jolanta Wadowska – Król, odkrywa u wielu dzieci niepokojące objawy zatrucia i anemię, zaczyna więc drążyć co jest ich przyczyną. Wbrew wszystkim, nawet najbliższym, poświęca wszystko by ratować dzieci, których truje huta, przy której i z której żyją. Dodajmy, jest lipiec 1974 roku gdzie liczy się socjalistyczna gospodarka, wydobycie i rekordy osiągane w zakładach pracy. Bez względu na koszty ludzkie i każde inne. To zarys intrygi, w której pojawiają się inne prawdziwe wydarzenia: przyjazd Breżniewa do Katowic (tego nie pamiętam, wyjechałam z miasta na wakacje) i rozgrywki polityczne pomiędzy ulubionym wojewodą Ślązaków – Jerzym Ziętkiem (zw. krótko Jorg) a zadufanym i koszmarnie kacykowatym I sekretarzem lokalnego oddziału PZPR Zdzisławem Grudniem. Ten pierwszy, szanowany na Śląsku, ma w mieście pomnik i najsłynniejsze rondo w mieście nosi jego imię, co próbowało zmienić PiS za swoich rządów. Protest był zbyt duży i odpuszczono. Słusznie, Ziętek dużo dobrego zrobił dla Śląska.
Natomiast po sekretarzu Grudniu został tylko beznadziejny gmach, z założenia dom dla PZPR (części konferencyjna, hotelowa i wystawiennicza), przez lata siedziba NOSPR, a teraz Centrum Kultury im. K. Bochenek i siedziba Teatru Korez. Przez lata nazwany Dezember Palast lub po prostu pałacem grudniowym. Młodzi nie wiedzą skąd się wzięła ta potoczna nazwa. 
W serialu te dwie postacie rewelacyjnie zagrali Marian Dziędziel i Zbigniew Zamachowski. Kreacje stworzyli niesamowite.
Największa pochwała należy się jednak Joannie Kulig, która po prostu stała się Jolantą Wadowską Król. Rewelacyjne są również towarzyszące jej: Kinga Preis, Grażyna Bułka i Agata Kulesza. Wspaniali są Michał Żurawski, Grzegorz Przybył czy Robert Talarczyk. Denerwował mnie wyłącznie Paweł Koślik w roli dyrektora huty, bo tak mi się skleił z rolą kabaretowego prezydenta Dudy, że cały czas myślałam, że sobie kpi. Ale pewnie to było celowe by pokazać lizusa, karierowicza i słabego człowieka. 
W każdym razie bardzo polecam, bo warto dowiedzieć się o „polskim Czarnobylu” i „Matce Boskiej Szopienickiej”, która ma tytuł Honorowej Mieszkanki Katowic i ma w mieście swój mural.

To jej wina

Nie lubię opowiadań, bo zbyt szybko zostaję sama z tym, co właśnie przeczytałam. Saga lub powieść wielotomowa pozwala na rozczytanie się, pozostanie dłużej w klimacie opowieści. Dlatego pewnie coraz bardziej lubię oglądać seriale, bo dają mi możliwość zaprzyjaźnienia się z bohaterami, a przynajmniej poznania ich bliżej i zrozumienia tego, co nimi powoduje i co tak naprawdę zdarzyło się w historii, którą oglądam. Miniseriale są jeszcze lepsze, bo wymyślone z góry na określoną ilość odcinków, nie ma ryzyka dopisywania dalszego ciągu na siłę w stylu „Mody na sukces” zależnych od obsady i trendów. Jest problem i sprawa dookoła niego, bohaterowie, którzy próbują znaleźć się w sytuacji i historia, która zostaje w głowie. Lub nie. Ale z tym serialem z 2025 roku jest inaczej. Kręcimy się wśród bogatych mieszkanek przedmieść wielkiego miasta (podobno Dublin, ale zrealizowany w Chicago i w Melbourne), które są zajęte wymagającą i prestiżową pracą, mają dzieci i opiekunki do dzieci. Wybrane i wydawałoby się starannie wyselekcjonowane, które zaprzyjaźnione są zarówno z pociechami jak i rodzicami owych. I właśnie pewnego dnia Marissa Irving odkrywa z przerażeniem, że jej ukochany pięcioletni synek Milo znika. Miał bawić się z innym maluchem, Marissa zgłasza się po odbiór dziecka a pod wskazanym adresem chłopca nie ma i nikt nic nie wie o zaistniałej sytuacji. Zaczyna się gorączkowe poszukiwanie, Marissa i jej mąż Peter natychmiast zgłaszają się na policję, gdzie od tej chwili ich sprawą zajmuje się detektyw McConville z partnerem. Serial trzyma w napięciu, jest kilka zaskakujących zwrotów akcji, które ujawniają przeszłość bohaterów i ukazują nam rozwiązanie, które chyba nikomu podczas oglądania nie przychodzi do głowy. Wszystkie postacie są świetnie skrojone i rewelacyjnie zagrane. Mnie zachwyciła zwłaszcza czwórka: Marissa i Peter, których zagrali Sarah Snook (znana z „Sukcesji„) i Jake Lacy. Ona jest nieco rozhisteryzowana, co jasno wynika z sytuacji w jakiej się znalazła, ale to nie przeszkadza jej w sytuacjach krytycznych zachować się przytomnie i przemyślanie. On mnie początkowo denerwował, wydał mi się pozerem, ale jak dotarło do mnie jakim jest człowiekiem wszystko się wyjaśniło i klocki wskoczyły na swoje miejsce. Posiadacz. Wszystkich i wszystkiego. Ma być jak on chce.
Podobała mi się Dakota Fanning w roli Jenny oraz zniewalający Michael Pena w roli detektywa. Ten ostatni jest zresztą najlepszą postacią w tym serialu, jego postępowanie pokazuje, że w każdej sytuacji można być uczciwym i przyzwoitym człowiekiem, nawet jeśli łamie się zasady. Do czego zresztą sam dorasta pod wpływem wydarzeń.
Tytuł jasno sugeruje, kto tu jest winny. Ale to uproszczenie wynikające z naszego odbioru ról w rodzinie. Ojciec może, matka musi. A jak nie daje rady to znaczy – jest winna. A życie udowadnia, że to nie jest prawda. I w tym serialu to jasno widać.
Polecam.

Dom dobry

Celowo nie poszłam do kina, a i z oglądaniem w streamingu zwlekałam parę dni. Wiedziałam, że zaboli i tak się stało. Dużo o nim już mówiono i pisano, więc moja opowieść to tylko moje spojrzenie i mój odbiór tego bardzo ważnego filmu.
To opowieść o związku, w którym pojawia się przemoc poprzedzona mobbingiem, poniżaniem czy upokarzaniem, to historia, która może ostrzegać i uświadamiać wszystkim (i kobietom i mężczyznom) jak to wygląda w dalszej perspektywie. Reżyser tego filmu, Wojciech Smarzowski, oszczędza nam długiej opowieści jak się z pozoru cudowny facet, dbający, romantyczny, opiekuńczy, kochający przemienia się w potwora. Nieco nieczytelnie, trzeba się do tego przyzwyczaić, za pomocą migawek, klipów reżyser pokazuje zmiany w życiu bohaterki, a spotyka ją wszystko: poniżanie, upokarzanie, maltretowanie, bicie, gwałt. Reżyser wprowadza do tego dwutorową narrację nieco przypominającą „Przypadek” Kieślowskiego: co by było gdyby wybrała jedną z możliwości i one się ze sobą przeplatają. W życiu zwykle mamy wybór, tylko że czasem brak nam sił, determinacji i konsekwencji. A w tym przypadku, jak i w wielu innych, musi się to skończyć tragicznie. Przejmująca historia, oparta nie na wymyślonych wypadkach, tylko poparta prawdziwym życiem z którego czerpał Smarzol, zagrana koncertowo przez dwójkę: Agatę Turkot i Tomasza Schuchardta. Ona właśnie za tę rolę otrzymała nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego, a on skwitował rolę: „ktoś tego drania zagrać musiał”. Do tego dochodzi rewelacyjny występ Agaty Kuleszy w roli matki głównej bohaterki.
Napisałam: ważny film. Tak. Bo rozpoczął proces myślenia i mówienia głośno o przemocy w zaciszu domowym, gdzie tak chętnie biega się do kościoła, gdzie tak często za zasłoną wiary ma miejsce dramat. W kraju, w którym jeszcze niedawno chciano wypowiedzieć ratyfikację konwencji stambulskiej.
Bardzo polecam.

Żegnaj, June

Od pewnego czasu trwa pochód filmów których bohaterowie albo zaczynają się godzić z upływem czasu albo żegnają się z życiem. Za takie role biorą się dojrzali znakomici aktorzy, którzy różnie się to robią, ale zawsze warto popatrzeć na odwagę i kunszt aktorski. I właśnie takim filmem jest ten, o którym dziś piszę. Sięgnęłam po niego dla Helen Mirren, która zagrała tu matkę dosyć sporej rodziny: trzy córki – w tym dwie bardzo skłócone, oraz syn, który do tej pory mieszka z rodzicami. Dwie z córek posiadają dzieci i cała ta rozwydrzona grupa pojawia się u matki w szpitalu. Tak naprawdę głównym wabikiem było dla mnie to, że ten film jest reżyserskim debiutem znakomitej brytyjskiej aktorki Kate Winslet i muszę przyznać całkiem udany to debiut. Gra zresztą jedną z córek, towarzyszą jej jak zwykle fantastyczna Toni Collette i mało znana jeszcze Andrea Riseborough, w roli brata wystąpił świetny Johnny Flynn, a ojca niepokojąco zagubiony Timothy Spall. Historia banalna ale wzruszająca jak każda historia rodziny żegnającej się z ukochanym jej członkiem. Mimo niesnasek, niedomówień, niejasności to czas wspólny, który pomoże przetrwać pustkę po stracie. A widz przypomina sobie własne przeżycia albo konfrontuje to ze swoimi wyobrażeniami.
Mam kilka uwag natury formalnej, bo pewne rzeczy są w tym filmie po prostu nierealne. Nie widzimy innych pacjentów, jest dwóch lekarzy dla jednej June, pielęgniarz 24/7, przestrzeń i wolna amerykanka jeśli chodzi o zachowanie odwiedzających. Oraz organizowanie imprez na terenie oddziału, na którym mamy umierającą June. Rozumiem, że twórcy chcieli „wypreparować” sytuację z całości organizmu jakim jest służba zdrowia, ale trochę przesadzili. Ale to są moje zarzuty, mało ważne dla odbioru całości. Bo film wart zatrzymania i przemyślenia.

Brutalista

Ameryka, zwłaszcza zaś USA to miejsce, w którym zamieszkuje najwięcej emigrantów i ich potomków. I pewnie dlatego Amerykanin Brady Corbet nakręcił w 2024 roku film o fikcyjnym węgierskim Żydzie, który w latach 40. ubiegłego wieku zmuszony jest do emigracji do tego amerykańskiego raju na ziemi. Śledzimy losy architekta Laszlo Totha, z wielką wyobraźnią i z wielkim talentem, który zupełnie przypadkiem trafia na bardzo intratne zlecenie. Równocześnie usiłuje ściągnąć do siebie swoją żonę Erzsebet, która utknęła gdzieś na trasie i próbuje dotrzeć do męża. Brady Corbet, aktor, scenarzysta i reżyser stworzył monumentalne, ponad trzygodzinne dzieło, które mnie jednak nie zachwyca kompletnie. Gdyby nie zdjęcia i znakomita muzyka (która zmienia klimat wraz z napisami końcowymi), ale także świetna obsada, zwłaszcza trójka głównych aktorów (Adrien Brody – Oscar za pierwszoplanową rolę męską, Guy Pearce i Felicity Jones) stwierdziłabym że nudy, panie, nudy. Rozwlekła historia, której pewne elementy są zupełnie niepotrzebne (gwałt i jego skutki) czy kilka nie rozwiązanych wątków (los magnata finansowego Lee Van Burena) itd. Generalnie historia nadaje się na serial obyczajowy a nie rozreklamowane wielkie dzieło z przerwą w środku. W kinach wymuszone 15 minut, w streamingu tylko minuta.
Po pierwszym odcinku przestałabym oglądać.