Upadek

Trudno pewnie uwierzyć, ale nigdy nie widziałam ani jednego całego odcinka serialu „Z Archiwum X”. Oczywiście urywki gdzieś mi wpadły w oko, wiem kto to Scully i Mulder, znam aktorów, ale żeby chociaż jeden cały odcinek, to nie. Gillian Anderson pojawiła mi się naprawdę przed oczami z powodu występów gdzie indziej, choćby w fenomenalnie zagranej roli Margaret Thatcher w „The Crown„. I teraz na Netlixie pojawił się serial kryminalny zrealizowany w latach 2013-2016, w którym pani Anderson gra główną rolę. Jak na dzisiejsze czasy pięć lat to całe wieki, ale serial przeżywa druga młodość i wcale mnie to nie dziwi. Jest nieco wolniejszy niż to teraz bywa, przez co może dla niektórych być nudny. Ale nie. Rozgrywka między panią komisarz Stellą Gibson i seryjnym mordercą jest gorąca, pełna napięcia i zaskoczeń. Tropienie, śledzenie, osaczanie. Zarówno ofiar jak i sprawcy. Do tego postać Gibson jest mocna: seksowna i elegancka feministka, niezależna, bez zobowiązań i rodziny, sama podejmująca decyzje i kompletnie odporna na wpływy, wydawałoby się, że jest tzw. zimną suką. Ale widać pęknięcia, widać wyłomy w tej twardej śledczej. Milcząca, skupiona, nieustępliwa ale bardzo ludzka. A Paul Spector, seryjny morderca pozbawiony sumienia i uczuć, pojawia się także jako kochający mąż i ojciec, a także oddany psychoterapeuta. Wraz z rozwojem intrygi zaczynamy dostrzegać przyczyny jego zachowań, i choć nie rozgrzeszamy go, to jednak zaczyna się budzić coś na kształt współczucia. Obie postacie fascynujące i zagrane koncertowo. Gillian Anderson w swojej życiowej roli (przynajmniej na razie) i Jamie Dornan, którego znamy jako Christiana Greya z serii erotyzującej o twarzach Greya. Widać, że seks i przemoc jakoś mu świetnie wychodzą na ekranie. Pojawia się jeszcze kilka dobrych aktorów, ale ja wspomnę Archie Panjabi, którą podziwiam od dawna. I za urodę i za talent. Ogólnie rzecz biorąc serial ten znakomicie nadaje się na tzw. binge-watching, to tylko jakieś 17 godzin oglądania. To zaledwie 3 sezony po 5-6 odcinków.

Jak zostać gwiazdą

Całkiem sprawna polska opowieść o dzisiejszym świecie telewizyjno-medialnym. Mimo rozmachu i miejsca akcji skupia się na kameralnym bardzo problemie porzucenia, ambicji i oczarowania całym tym medialnym szołbiznesem. Otóż bardzo znany program telewizyjny, w rodzaju dawnego Idola czy X Factor, pojawia się w małej miejscowości, z której pochodzi jeden z jurorów konkursu. Przystojna, utalentowana ale nieco już przygasła gwiazda show (nieco wzorowana na Kubie Wojewódzkim) nie chce wracać do miejsca swoich początków, ale zostaje do tego zmuszony przez producenta programu, dla którego liczy się wyłącznie oglądalność. A w Rozalinie (tak nazywa się miasteczko) na przybycie Ola czeka porzucona przed laty jego była dziewczyna z córką, o której narodzinach gwiazdor nie ma pojęcia. Nieco przerysowana opowieść, ale zabawna, chwilami refleksyjna i przyjemna w odbiorze. Zwłaszcza dzięki grze aktorskiej. Rolę nastolatki, która spotyka się po raz pierwszy ze swoim ojcem i odkrywa siebie i swój talent, zagrała znakomita, również wokalnie Katarzyna Sawczuk. W roli jurora, zepsutego popularnością Ola, bardzo dobry Maciej Zakościelny. Mamę Ostrej zagrała Anita Sokołowska, babcię Maria Pakulnis. W roli fachowej, muzycznej jurorki wystąpiła Urszula Dudziak (gra po prostu siebie), a przerysowanej influencerki, jurorki i gwiazdy social mediów, która zrobi wszystko by być na topie, znakomita Julia Kamińska. Producentem jest Tomasz Karolak (a jak! Karolak być musi), a prowadzącym show jedyny w swoim rodzaju Krzysztof Ibisz, polski Benjamin Button. Całość wyreżyserowała w 2020 roku Anna Wieczur-Bluszcz. Podobało mi się.

Żyj dwa razy, kochaj raz

Hiszpańska reżyserka, Maria Ripoll, stworzyła ten film na podstawie scenariusza Marii Minguez w roku 2019. Pojawił się niedawno na platformie Netflix, a ja trafiłam na niego przypadkiem. I gorąco polecam, dawno nie widziałam filmu, w którym tak subtelnie mówi się o bardzo trudnych sprawach mieszając śmiech szczery ze łzami, równie szczerymi. Główny bohater to starszy samotny pan Emilio, którego żona zmarła kilka lat temu, a u niego właśnie zdiagnozowano wczesnego Alzheimera. Matematyk, profesor uniwersytetu w Walencji i powoli rozwijająca się choroba, której jest świadomy. I właśnie w tym momencie postanawia odszukać swoją pierwszą miłość z dzieciństwa. Poszukiwania rozpoczyna sam, ale potem ma pomocników: córkę z mężem i wnuczkę Blancę. Rozbrajająca historia zagrana brawurowo przez całą czwórkę, zabawna i wzruszająca. Nie jest to jednak ckliwa historia, twórcy umiejętnie omijają kicz, a całość jest opowiedziana taktownie i z wdziękiem. W roli Emilio mamy sympatycznego Oscara Martineza, w roli córki prześliczna Inma Cuesta, jej męża Felipe interesujący Nacho Lopez, a Blankę zgrała fantastyczna Mafalda Carbonell. I to ona skradła mi serce. I jako Blanca i jako aktorka. Choćby dla niej warto.

Emily w Paryżu

Urocze choć niezbyt mądre cacko serialowe. Powstały dwa sezony po 10 odcinków, a historia jest prościutka: tytułowa Emily Cooper, zostaje wydelegowana do oddziału francuskiego swojej amerykańskiej firmy, by zadbać o PR i pomóc ją rozwinąć. Amerykańska do szpiku, młoda i uzdolniona, zwłaszcza w prowadzeniu mediów społecznościowych, ląduje w Paryżu wśród ludzi, którzy niezbyt otwarcie przyjmują ją do swojego grona. Zwłaszcza, że Emily nie włada biegle francuskim, kompletnie nie zna realiów stolicy Francji i jest uznawana za kontrolera przysłanego na przeszpiegi. Poza tym jest bardzo młoda i dlatego też traktowana jest z góry, zwłaszcza przez szefową oddziału, Sylvie. I właściwie to tyle, bo stereotypy i kontrasty pomiędzy tymi dwoma mentalnościami są główną treścią serialu. Wszystko w lekkiej i sympatycznej formie, opakowane w fantastyczne zdjęcia Paryża, pokazy mody i perypetie miłosne. Ogląda się to nieźle, bez wysiłku. Tym bardziej, że towarzyszą nam bardzo miłe twarze niezłych aktorów. W roli Emily mamy okazję zobaczyć córkę Phila Collinsa, prześliczną Lily. Towarzyszą jej Philippine Leroy-Beaulieu (znana choćby z „Gdzie jest mój agent?”) czy Lucas Bravo. A także William Abadie, Camille Razat czy Ashley Park. Polecam, zwłaszcza w zimne wieczory, można zacząć marzyć o podróży do stolicy miłości.

Nie patrz w górę

To chyba najpopularniejszy film Netflixa w czasie tegorocznych świąt. Tak mi się wydaje, bo gdziekolwiek nie zajrzę wszędzie o nim piszą, dyskutują, polecają. Historia o dwójce naukowców, którzy odkryli, że do Ziemi zbliża się olbrzymia kometa. Z obliczeń wynika, że jeśli ludzie nic nie zrobią, to, za pół roku i 14 dni, kometa walnie w Ziemię i skończy się historia ludzi na globie. I samego globu również. Bohaterowie: dr Randall Mindy i jego studentka Kate Dibiasky próbują dotrzeć z tą informacją do najpotężniejszych tego świata i coś zrobić, by uratować ludzkość. Są przerażeni i zdeterminowani. Ale ci wszyscy decydenci mają inne, ważniejsze sprawy na głowie, takie jak np. głosowania w senacie czy nadchodzące wybory. Obejrzałam ten film w wigilijny wieczór i uważam, że wart uwagi bo pokazuje nas, współczesnych ludzi. Może trochę krzywo, ale nie do końca. Dziwnie się patrzy na siebie z boku, na cały ten medialno-społecznościowy świat, gdzie miłość celebrytów wzbudza większą sensację niż to, że grozi ludzkości zagłada. Niebywałe jakimi pierdołami się zajmujemy, jak płytcy i bezmyślni jesteśmy. Jak świat zwariował, jacy głupi jesteśmy. I my, i ci, których wybieramy. Widać, że ten film powstał teraz (wyreżyserował go w 2021 roku Adam McCay) w czasach pandemii, bo pewne zachowania ludzi przypominają zachowania antyszczepionkowców. Świetnie z ikrą i dowcipem zrobiony obraz, choć śmiać się zbytnio nie chce. Do tego rewelacyjna obsada: Leonardo diCaprio i Jennifer Lawrence w dwóch głównych rolach. Poza nimi na ekranie mamy Meryl Streep w roli prezydentki USA czy Cate Blanchett w roli gwiazdy telewizyjnej prowadzącej popularny program informacyjno-plotkarski. Poza tym znakomity Mark Rylance, Tyler Perry, Timothee Chalamet, Ron Perlman czy ArianaGrande. Z wielu, także gorzkich wniosków, które przyszły mi do głowy po obejrzeniu filmu, podam jeden: nie głaszczcie dziwnych stworów, choćby nie wiem jak piękne pióra miały. Bardzo, bardzo polecam.

Zemsta rewolwerowca

Zadziwiające efekty działań jednego faceta. Jeymes Samuel stworzył ten film w bieżącym roku na podstawie własnego scenariusza i własnej muzyki, nawet niektóre piosenki sam wyśpiewuje. I jest to już drugi film tej jednoosobowej spółki, choć o poprzednim nigdy nie słyszałam ani słowa, a na Filmwebie nie ma nawet zarysu fabuły, o recenzji nie wspominając. O tym najnowszym efekcie napiszę, bo jak wspomniałam na samiutkim początku jest zadziwiający. Otóż reklamowany jest jako western, całość akcji rozgrywa się w dekoracjach miasteczek Dzikiego Zachodu. Słowo „dekoracje” użyte zostało przeze mnie celowo, bo w ostatnich rewolwerowych rozgrywkach, szczególnie przy filmowaniu strzelców na dachach, widać dokładnie, że ekipa filmowa rozstawiła wyłącznie fronty okolicznych domów. Wprawdzie z normalnymi drzwiami i oknami, które się tłuką, ale to tylko atrapy popodpierane belkami. Prawie wszyscy bohaterowie mają czarny kolor skóry, poza mieszkańcami Białego Miasteczka, gdzie budzą zdziwienie, bo tam znowu wszystko jest nieskazitelnie białe, jak sama nazwa wskazuje. Bohaterem głównym jest Nat Love, któremu w dzieciństwie Rufus Buck zamordował rodziców. Po latach Nat stoi na czele bandy, która pragnie się policzyć z bandą Rufusa, a sam Nat zemścić. Intryga prosta jak budowa cepa, dochodzi do tego jeden jedyny zwrot akcji, który jest nieco zaskakujący. Choć bardziej zaskakujące są różne zabiegi techniczne, zwłaszcza nieoczywiste użycie muzyki w tle. Czy wyobrażacie sobie western, w którym wjeździe bandy do miasteczka towarzyszy muzyka reggae? Już nie musicie, to się już stało. Najbardziej fascynującymi elementami tego dziwacznego widowiska jest udział kilku rewelacyjnych aktorów. Idris Elba? Regina King? Delroy Lindo? Jonathan Majors? Zazie Beetz? Proszę bardzo, są wszyscy. Umowność, proszę państwa, ma swoje granice, więc jeśli chcecie zobaczyć czy twórca tego filmu je przekroczył to, proszę, droga wolna. Wystarczy włączyć Netflix.

Plan B

Film Kingi Dębskiej z 2018 roku zbudowany jest z kilku historyjek, które trochę się ze sobą splatają, a łączy je to, że ich bohaterowie coś nagle tracą i zostają bez tzw. planu B. Muszą go właśnie zacząć tworzyć. Znakomity pomysł na film, ale niestety, zmarnowany. Aż się prosi, by te historyjki jeszcze pociągnąć, obudować i rozwinąć. Tym bardziej, że wszystko inne jest rewelacyjne. Jest tempo, nieco tajemniczości, świetne zdjęcia i rewelacyjna obsada. Cudowni, jak zwykle, Kinga Preis, Marcin Dorociński, Edyta Olszówka, Roma Gąsiorowska, Dorota Kolak… I odkrycie tego filmu (przynajmniej dla mnie) Małgorzata Gorol w roli Januli. Wszyscy są fantastycznie poprowadzeni przez Kingę Dębską i patrzy się na nich z przyjemnością. Bez względu na to, czy można było fabułę jeszcze mocniej rozwinąć, film ogląda się bardzo dobrze. Ma świetny klimat, nastrój i nie jest głupi. A, i co rzadkie w polskich filmach: dobry dźwięk i wreszcie wszystko słychać. Czasem w polskich produkcjach mnie krew zalewa i muszę włączyć napisy, bo po prostu niczego nie można zrozumieć. A jednak da się.

Czerwona nota

Reklamowany jako najdroższy jak dotąd film Netflixa, pojawił się w zeszłym tygodniu i szturmem zdobył widzów. Mnie namówił oczywiście R i oczywiście nie żałuję, dzięki Chłopaku. Film, którego reżyserem jest Rawson Marshall Thurber to film awanturniczo-przygodowy, trochę stylizowany na Bonda (zwłaszcza włoski początek z lokowaniem produktu). Trochę na Indianę Jonesa, co nie jest tylko moim domysłem, tylko łopatologiczną sugestią twórców, bo jeden z bohaterów (w kapeluszu w dżungli amazońskiej) sam gwiżdże motyw przewodni z „Poszukiwaczy zaginionej arki” w podziemiach hitlerowskich kryjówek ze skarbami. Nawiązań do innych filmów jest sporo, mnie rozbawiła sprawa zegarka, od samego początku przypominająca tę z „Pulp fiction„, co zresztą też zostaje dopowiedziane w razie gdyby ktoś przegapił. Tempo jest zabójcze, akcja dzieje się dokoła świata a my podążamy tropem złodzieja Nolana Bootha wraz z agentem FBI Johnem Hartleyem. Booth ma zamiar wykraść 3 jaja Kleopatry, ale ciągle mu w tym przeszkadza rywal/ka zw. Laufer. No i ściga ich policja z inspektor Das na czele. Przygody są nieprawdopodobne, zwroty akcji niesamowite, zabawne dialogi, świetna scenografia i znakomita obsada: Ryan Reynolds w roli Bootha, a towarzyszy mu Dwayne Johnson, Gal Gadot i Ritu Arya. No i w epizodzie świetny i z dystansem sam … nie zdradzę, poznacie jak zaśpiewa na weselu, czym doprowadzi pannę młodą do histerii. I mam nadzieję, że dwuznaczny koniec sugeruje zmierzanie do ciągu dalszego, bo chciałabym się jeszcze tak dobrze bawić. Polecam, na jesienny, listopadowy nastrój jak znalazł.

Hiacynt

Obejrzałam w końcu, bez zachwytu, ale z uwagą. Historia rozgrywa się w latach 80. ub. wieku, a bohaterem jest młody, rozwijający się i ambitny milicjant, który ma jeszcze sumienie i ideały. Ale ma także nad sobą zwierzchników, a jednym z nich jest jego rodzony ojciec, który zrobi wszystko, by synka chronić. Robert Mrozowski, bo tak nazywa się nasz bohater, ma dziewczynę i związane z nią plany ślubne, do tego dostaje się do szkoły w Szczytnie (tatuś załatwił), ale właśnie rozwiązuje sprawę seryjnego mordercy, którego ofiarami są homoseksualiści. I nie chce się pogodzić z decyzją „góry” o zamknięciu śledztwa, bo poznaje jednego z chłopaków, Arka, ze środowiska zamordowanych. Zafascynowany nim i towarzystwem, próbuje sprawę rozwiązać na własną rękę. Pamiętam tamte czasy i ten duszny klimat w życiu Polaków, tę pustą egzystencję w oczekiwaniu na coś…. Te wszystkie szare i bure strony tamtego życia reżyser tego filmu, Piotr Domalewski, odmalował fantastycznie. Wielką zaletą tego filmu jest nawiązanie, w tle wprawdzie tylko, do słynnej akcji „Hiacynt”, która była zakrojoną na szeroką skalę ubecko-milicyjną próbą kontroli „kryminogennego” środowiska homoseksualistów, do których władza miała stosunek wrogi. Pod pretekstem walki z AIDS zebrano tysiące kompromitujących materiałów, tzw. „różowych teczek” przydatnych do szantażu i niszczenia niewygodnych dla władzy osób. I część z nich do dzisiaj nie została odnaleziona. Dobrze, że Domalewski nawiązał do tego, bo tym sposobem tysiące ludzi, którzy wybrali się na polski kryminał do kina lub odpalili film na Netflixie, dowiedzieli się do czego jest zdolna władza zdeprawowana i bezkarna. Wielu także nie miało bladego pojęcia o tej akcji wobec tych środowisk. Co w dzisiejszych czasach jest ostrzeżeniem, tym bardziej, że po raz kolejny następuje szczucie na środowiska LGBT. Chcę jeszcze podkreślić znakomitą grę trójki aktorów: Tomasza Ziętka w roli Roberta, Huberta Miłkowskiego w roli Arka oraz Tomasza Schuchardta w roli partnera głównego bohatera. Epizod ale znakomity. A kolejny to prawie nierozpoznawalna Elżbieta Kępińska, rewelacyjna w roli babci. Występują także m.in. Marek Kalita, Agnieszka Suchora, Jacek Poniedziałek, Mirosław Zbrojewicz, Adam Cywka.

Squid Game

Mimo wielokrotnych zachęt ze strony znanego Wam już „R”, do tego serialu podchodziłam z oporami. A powinnam była zaufać. W końcu jednak to zrobiłam i nie żałuję, tych prawie 9 h, poświęconych tej produkcji. Twórcami są Koreańczycy, więc z góry wiedziałam, że będzie to co najmniej nieco odległe od tego, do czego jestem przyzwyczajona. Odstręczał mnie nieco temat – gry dziecięce – i do tego jak się szybko okazuje – o życie. Właściwie gry na śmierć i życie. Na początku poznajemy głównego bohatera, Gi-hun Seong, który wiedzie beznadziejny żywot bez pracy, bez kasy, na utrzymaniu matki, rozwiedziony i rozdzielony z córką, uroczą i bardzo kochającą dziesięciolatką. Pewnego razu, na stacji metra, spotyka elegancika, który mu proponuje grę hazardową, gdzie kasę zamienia w policzek. A potem proponuje, by zadzwonił pod wskazany numer. I tak, wraz z 455 innymi nieszczęśnikami, zadłużonymi i życiowo pod ścianą, trafia do miejsca, gdzie zamaskowani ludzie proponują im rozgrywki o ciężkie miliardy wonów. Tylko tyle, że każdy przegrywający zostaje wyeliminowany. Dosłownie. Serial jest krwawy, okrutny i trzyma w napięciu. Ale nam, Europejczykom, pokazuje i uświadamia to, że wszyscy, bez względu na miejsce urodzenia i wychowania, jesteśmy tacy sami. Mimo różnic w ekspresji wyrażania emocji (lub ich braku) jesteśmy okrutni, zawistni, mściwi, ale też potrafimy być współczujący, wspierający. Bywamy też szczerzy i otwarci. Twórca tej historii myślał o realizacji prawie dziesięć lat, a teraz trafiło na niezły szał na kino koreańskie (np. oscarowy „Parasite„). Ciekawe, czy będą dalsze sezony, interesujące na czym miałyby się opierać. Polecam tym, którym nie straszne okrutne sceny na ekranie, ale także chcą się czegoś o sobie dowiedzieć. Interesujące jest bowiem obserwowanie czyje losy nas przejmują i komu kibicujemy najbardziej. Scenografia, dziecięca, fascynująca i bajecznie kolorowa, nieco łagodzi przekaz. Choć może wręcz przeciwnie?