Na wodach północy

To pięcioodcinkowy bardzo męski, mroczny, okrutny i zimowy do szpiku serial, zrealizowany przez Andrew Haigha na podstawie książki Iana McGuire. Kobiet prawie nie ma, a jak są to pełnią role użytkowe (dziwki, kucharki, opiekunki chorych), a w głównej intrydze w ogóle nie występują. Mamy rok 1859, a główny bohater to chirurg bez grosza przy duszy, Patrick Sumner, który po mrocznych przeżyciach w Indiach, postanawia kompletnie zmienić swoje życie i jako lekarz zaciąga się na okręt wielorybniczy. Wielorybnictwo umiera, więc na tę wyprawę łapią się wyłącznie ostatnie szuje za bardzo niskie stawki. Do tego armator pragnie zarobić na ubezpieczeniu i knuje z kapitanem. Życie na „Ochotniku”, który płynie na połów na morza północne w krainę lodu i zimy, to kompletnie zamknięty męski świat i wszystkie emocje są takie, bo mamy do czynienia z ekstremalnymi warunkami. Patrick Sumner trafia na zbieraninę mężczyzn, z różnymi problemami i różną odpornością. A głównym antagonistą staje się brutalny, pozbawiony sumienia i ludzkich uczuć harpunnik Henry Drax. To między tymi dwoma postaciami rozgrywa się główna intryga, walka, choć na początku nic tego nie zapowiada. Serial jest nieco długi, ale filmowany fantastycznie. Zwłaszcza zimowe pustkowia archipelagu Svalbald, gdzie nakręcono większość zdjęć, wody skute lodem, śniegowe połacie robią wrażenie. Niesamowite, przerażające polowanie na foki, które swoim okrucieństwem przypomniało mi scenę z wymordowanymi bizonami w „Tańczącym z wilkami” Costnera. Okrutne, surowe życie Innuitów, ich ufność i prostolinijność. I dwie rewelacyjne kreacje aktorskie, które należy zauważyć i głośno o nich powiedzieć. Jack O’Connell w roli Patricka, zwłaszcza w chwilach walki z samym sobą i niedźwiedziem, osiągnął naprawdę wysoki poziom. Jego samotność i inność w tym towarzystwie bije w oczy, jest przejmująca. Natomiast Henry Drax w wykonaniu Colina Farrella to potwór. Przerażające, okrutne, odrażające monstrum z lekkim zacięciem filozoficznym. Zagrane przez Farrella, zmienionego i prawie nie do rozpoznania, fenomenalnie. Pojedynek tych dwóch postaci, rozgrywka na śmierć i życie jest jak magnes. Reszta jest dodatkiem.

Squid Game

Mimo wielokrotnych zachęt ze strony znanego Wam już „R”, do tego serialu podchodziłam z oporami. A powinnam była zaufać. W końcu jednak to zrobiłam i nie żałuję, tych prawie 9 h, poświęconych tej produkcji. Twórcami są Koreańczycy, więc z góry wiedziałam, że będzie to co najmniej nieco odległe od tego, do czego jestem przyzwyczajona. Odstręczał mnie nieco temat – gry dziecięce – i do tego jak się szybko okazuje – o życie. Właściwie gry na śmierć i życie. Na początku poznajemy głównego bohatera, Gi-hun Seong, który wiedzie beznadziejny żywot bez pracy, bez kasy, na utrzymaniu matki, rozwiedziony i rozdzielony z córką, uroczą i bardzo kochającą dziesięciolatką. Pewnego razu, na stacji metra, spotyka elegancika, który mu proponuje grę hazardową, gdzie kasę zamienia w policzek. A potem proponuje, by zadzwonił pod wskazany numer. I tak, wraz z 455 innymi nieszczęśnikami, zadłużonymi i życiowo pod ścianą, trafia do miejsca, gdzie zamaskowani ludzie proponują im rozgrywki o ciężkie miliardy wonów. Tylko tyle, że każdy przegrywający zostaje wyeliminowany. Dosłownie. Serial jest krwawy, okrutny i trzyma w napięciu. Ale nam, Europejczykom, pokazuje i uświadamia to, że wszyscy, bez względu na miejsce urodzenia i wychowania, jesteśmy tacy sami. Mimo różnic w ekspresji wyrażania emocji (lub ich braku) jesteśmy okrutni, zawistni, mściwi, ale też potrafimy być współczujący, wspierający. Bywamy też szczerzy i otwarci. Twórca tej historii myślał o realizacji prawie dziesięć lat, a teraz trafiło na niezły szał na kino koreańskie (np. oscarowy „Parasite„). Ciekawe, czy będą dalsze sezony, interesujące na czym miałyby się opierać. Polecam tym, którym nie straszne okrutne sceny na ekranie, ale także chcą się czegoś o sobie dowiedzieć. Interesujące jest bowiem obserwowanie czyje losy nas przejmują i komu kibicujemy najbardziej. Scenografia, dziecięca, fascynująca i bajecznie kolorowa, nieco łagodzi przekaz. Choć może wręcz przeciwnie?

The Guilty

Zapanowała moda na powtórne nakręcanie filmów, które już były. Jeśli w przypadku włoskiego „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” i jego wersji (np. francuskiego „Nic do ukrycia” czy polskiej wersji „(nie)znajomi”) wiem, że chodzi o pokazanie różnic w obyczajowości, tak w obu wersjach „Winnych” chyba chodzi tylko o pokazanie możliwości aktorskich konkretnego artysty. W 2018 ukazał się oryginał duński, a teraz mamy do czynienia z amerykańską wersją, którą wyreżyserował Antoine Furqua. Cała intryga jest powtórzona i sam pomysł mi się bardzo podobał. Bohaterem jest jedna osoba prowadząca rozmowę przez telefon. W tym wypadku jest to pracownik służb ratowniczych, do którego zwracają się ludzie z problemami, a on po weryfikacji posyła odpowiednie służby, czy to karetkę czy policję. Często są to ze strony dzwoniących wygłupy lub błahostki, ale właśnie trafia się kobieta, która sprawia wrażenie przerażonej, a Joe dochodzi do wniosku, że została porwana. I postanawia zrobić wszystko, by jej pomóc. Trzyma w napięciu, a wielką zaletą tej wersji jest Jake Gyllenhaal w roli Joe’go. Na nim opiera się całość. Mimo, że pojawia się jeszcze kilka osób (ale tylko w tle) oraz, że w słuchawce słyszymy głosy następnych (równie znanych jak np. Ethan Hawke czy Peter Sarsgaard) to te 90 minut należy do Jake’a. Jest rewelacyjny. Mimo, że znałam historię (pisałam już o duńskiej wersji na początku 2019 r.) to i tak siedziałam jak zaczarowana do ostatniej sekundy. Warto.

Biały lotos

Rzutem na taśmę, bo lato się właśnie skończyło, obejrzałam wakacyjny w temacie serial, którego akcja rozgrywa się na Hawajach. Do hotelu nad oceanem na wyspie Maui docieramy z paroma osobami, których perypetie będziemy obserwować z wielkim zainteresowaniem, bo serial jest zrobiony świetnie. Zarówno narracja, klimat opowieści czy warunki, w których mamy wielką przyjemność się znajdować, sprawiają bardzo dobre wrażenie. On inclusive. Na wyspę przybywają: bogata biała czteroosobowa rodzina plus, którą tworzą: mama elegancka bizneswoman Nicole Mossbacher, wiecznie zajęta i zapracowana; podporządkowany tatuś Mark, zestresowany oczekiwaniem na wyniki badań jąder; synuś Quinn, nieco wycofany, zajęty grami, komórką, filmami porno i masturbacją; oraz nieco zbuntowana córeczka Olivia, której towarzyszy etniczna przyjaciółka Paula, korzystająca z kasy białych bez umiaru równocześnie ich nienawidząc. Dziewczyny wiecznie coś czytają, za każdym razem coś innego. Raz jest to Freud, potem zaś Nitsche. Pojawia się też para: rozpuszczony przez mamuśkę Shane Patton i szukająca swojego miejsca w życiu Rachel. Właśnie się pobrali i jest to ich podróż poślubna. Przypływa również samotna Tanya, wraz z prochami zmarłej matki, które zamierza rozsypać w oceanie. Gości witają pracownicy hotelu, przede wszystkim menager Armand. Towarzyszą mu szefowa spa Belinda i inni pracownicy tacy jak stażystka Lani, Dillon czy Hutch. Serial jest rewelacyjny przez to, że pod pierwszą warstwą lekkiej, dowcipnej wakacyjnej opowieści mamy właściwą, znakomitą zresztą, satyrę na współczesnych ludzi, atawizmy i hipokryzję klas uprzywilejowanych. Twórca serialu, Mike White, znakomicie sprawdził się jako twórca karykatury, z niecierpliwością czekam na następny, obiecany już, sezon. W tej edycji wystąpili: Murray Bartlett, Connie Britton, Jennifer Coolige, Alexandra Daddario, Jack Lacy, Brittany O’Grady, Natasha Rothwell, Sydney Sweeney, Steve Zahn, Molly Shannon czy Jon Gries. Polecam, to tylko 6 niespełna godzinnych odcinków, a zabawa, choć bywa zaprawiona czarnym humorem, jest naprawdę niezła.

Hit&Run

Po ten tegoroczny, świeżutki amerykańsko-izraelski serial sięgnęłam ze względu na Liora Raza, twórcę i odtwórcę głównej roli w znakomitej „Faudzie„. I po dziewięciu prawie godzinnych odcinkach mam wrażenie, że sezon pierwszy powstał po to, by już dalej tworzyć akcje szpiegowskie, w których Raz jest znakomity. Natomiast kompletnie mnie nie przekonuje jako pogodny i nieświadomy niczego ojciec rodziny, spokojny przewodnik po Izraelu. Akcja zaczyna się, gdy pewnego pięknego dnia, po wspólnym śniadaniu w sielankowej atmosferze, trzyosobowa rodzina Segeva Azulay, czyli on, córka i żona, rozchodzą się do swoich zajęć. Segev odwozi nastoletnią córkę do szkoły i sam zaczyna turę po okolicy z klientami. Żona Danielle, która jest tancerką pochodzącą z USA, wybiera się służbowo i nie tylko do Nowego Jorku. W biegu załatwia sprawy przed odlotem i zostaje śmiertelnie potrącona przez samochód. Zdruzgotany Segev próbuje znaleźć kierowcę i zaczyna odkrywać jakieś dziwne rzeczy towarzyszące tej historii. Co dalej nie opowiem, mogę tylko napomknąć, że zaczyna się akcja policyjno-szpiegowska, w której udział bierze wywiad USA i wywiad izraelski. Intryga dosyć zaplątana, ale dość przejrzysta mimo wszystko. Ogląda się nieźle, mam nadzieję, że dalsze sezony będą lepsze. Bo pewnie będą, serial kończy dosyć wymowny cliffhanger, więc Lior Raz będzie miał robotę na dłużej. Towarzyszą mu w serialu aktorzy izraelscy i amerykańscy, dialogi są prowadzone w obu tych językach. Występują tu poza Liorem m.in. Kaelen Ohm, Moran Rosenblatt, Sanna Lathan i Gregg Henry. O, właśnie. Czy ktoś go jeszcze pamięta z roli Wesleya w „Pogodzie dla bogaczy„? Bo ja i owszem, to był mocny akcent serialu.

Deadwood

Tym razem będzie serial, nie taki znowu nowy, bo z lat 2004-2006, nie taki znowu długi, bo trzy sezony po 12 prawie godzinnych odcinków. Idealny na binge-watching i dlatego się pewnie skusiłam. Nie żałuję, bo zawsze lubiłam westerny. Mamy lato 1876 roku, jakieś dwa tygodnie po bitwie pod Little Big Horn. Miejscem opowieści jest legendarne Deadwood w górach Black Hills ok. 100 km od Mount Rushmore. W chwili rozpoczęcia historii to osada wyjęta spod prawa, właściwie obóz osiedleńców, poszukiwaczy złota i kolorowych ptaków. W miejscowym saloonie grywa w pokera słynny Dziki Bill Hickok, pije tu namiętnie Calamity Jane, pojawia się Seth Bullock z Solem Starem, całością chwilowo rządzi najbogatszy w okolicy Al Swearengen. Poznajemy bandytów, kaznodzieję, jedynego lekarza, dziwki, właścicieli burdeli, hotelarza, faceta z zacięciem dziennikarskim, który wspomaga się pierwszymi zdjęciami, poszukiwaczy złota …. Wszystko to w wybudowanych naprędce drewnianych domach, na błotnistej ziemi, wśród niemytych i zaniedbanych wędrowców. I tak prawdziwi bohaterowie mieszają się z fikcyjnymi, a całość opowiada o powolnym rozwoju państwa, demokracji najpierw opartej na łapówkach, a także o kształtowaniu się prawa, zwyczajów, tradycji. Początkowo akcja serialu jest powolna, bardzo rozciągnięta, ale to celowy zabieg, widzimy jak wszystko powoli się tworzy, jak rozwija się wzajemna zażyłość i chęć osiedlenia na stałe. Seth w końcu sprowadza do Deadwood żonę i syna, powstają konkurencyjne saloony, sklepy. I w końcu Deadwood przyłącza się do Unii i ma szeryfa. Przestaje być miastem bezprawia, gdzie Chińczyk utylizował ciała zabitych przy pomocy swoich świń. Serial zrobiony jest świetnie, z dobrymi dialogami, świetnymi zdjęciami i ilustrowany bardzo dobrą muzyką. Znakomicie skrojone postacie zostały zagrane przez bardzo dobrych aktorów. I tak Dziki Bill Hicock w wydaniu Keitha Carradine jest niesamowity, szkoda, że tak krótko pojawia się na ekranie. Swearengena zagrał diaboliczny Ian McShane, który jest niesamowicie sugestywny. Towarzyszą im fantastyczny Timothy Olyphant (Bullock), wzruszający Brad Dourif (Doc), John Hawkes (Star), elegancki Powers Boothe (Cy) czy Titus Welliver (Adams). Kobiety też są rewelacyjnie pokazane i zagrane: dystyngowana Molly Parker (wdowa), nieodgadniona Paula Malcomson (Trixie), rewelacyjna Robin Weigert (Calamity Jane), Anna Gunn czy fantastyczna Geri Jewell w roli Jewell. Polecam serial gorąco, to się naprawdę dobrze ogląda.

Rojst’97

To jest zdecydowanie lepsza seria, niż poprzednia, o której już czas jakiś temu pisałam. W znanym już widzom miasteczku trwają porządki po powodzi stulecia. Spotykamy starych znajomych, np. redaktora Witolda Wanycza, który w końcu nie wyjechał. Wraca Piotr Zarzycki, by objąć stanowisko redaktora naczelnego w gazecie, w której razem pracowali. Przyjeżdża z żoną, która będzie pracować jako psycholog w szkole, do której będzie chodzić ich nastoletnia już córka. Spotykamy pana prokuratora Andrzeja Wareckiego, znanego z serii pierwszej. Rozpoznajemy właściciela hotelu, który prawie się nie zestarzał i odnajdujemy Nadię, która wreszcie ma spokojne i stabilne życie. Ale pojawiają się nowi bohaterowie. Przede wszystkim sierżant Anna Jass, którą zesłano na to zadupie z Warszawy oraz miejscowego starszego sierżanta Adama Mikę. Ta dwójka prowadzi śledztwo w sprawie zwłok nastolatka znalezionego po powodzi w okolicach rozwalonego wału. Wszystkim wygląda to na wypadek, ale Jass nie odpuszcza, bo ma wątpliwości. Poza tym pojawiają się kolejne ciała, a w raz z nimi zaczyna się wyjaśnianie zaległych spraw z lat wcześniejszych. Korupcja, przekręty, tajemnice – to wszystko ukazuje się przed oczami nieustępliwej, zawziętej młodej sierżant. Intryga jest dopracowana, dialogi niezłe, scenografia równie rewelacyjna jak poprzednio. Klimat lat 90 oddany znakomicie, widać, że reżyser Jan Holoubek nieźle to pamięta. Szczególnie, że znakomitym komentarzem do historii na ekranie są piosenki z tamtych lat. I do tego fantastyczna obsada. Dawid Ogrodnik, Andrzej Seweryn, Zofia Wichłacz, Ireneusz Czop, Artur Dziurman, Piotr Fronczewski, Agnieszka Żulewska już byli i nadal są świetni. Ale show kradną Łukasz Simlat i Magdalena Różczka. Są po prostu fenomenalni. Jąkający się, niechlujny, nieco zagubiony Mika oraz nowa w środowisku, inna, zdystansowana i uczciwa do bólu Jass. Dla nich warto zobaczyć 6 odcinków.

Bez tajemnic

Ostatnim razem obiecałam, że na przykładzie dwóch seriali udowodnię, że to fantastycznie, gdy w tych niezbyt poważnych dziełach filmowych, za jakie się właśnie uważa seriale, występują znakomici aktorzy. Dzisiaj drugi, rewelacyjny serial i fantastyczny przykład wykorzystania do drobnych rólek, które urastają do kreacji filmowych, bardzo znanych aktorów. Tym razem jest to przykład polski, to serial, który powstał w latach 2011-2013 na licencji amerykańskiego „In Treatment”, co jest zresztą formatem opartym na izraelskim „Be Tipul”, ale problemy i postacie są tak polskie, że aż boli. Główne założenie jest takie: mamy psychoterapeutę, Andrzeja Wolskiego, do którego przychodzą pacjenci na sesje terapeutyczne. Często nieufni, niezbyt przekonani do celowości takich sesji, czasami wrodzy. Każdy sezon (są trzy) opowiada o czterech sesjach z pacjentami (poniedziałek, wtorek, środa i czwartek), a co piąty odcinek to sesja głównego bohatera z własnym superwizorem, swoiste podsumowanie tygodniowych sesji. Odcinki są krótkie, zaledwie 25 minutowe, ale tak naładowane emocjami, że robią wrażenie dłuższych. W pierwszym sezonie poznajemy problemy: młodej pani doktor, nie radzącej sobie z własnymi uczuciami; żołnierza po powrocie z misji w Afganistanie; nastoletniej skrzypaczki, której nie wychodzą relacje z rozwiedzionymi rodzicami oraz problemy małżeństwa. W drugim sezonie pojawiają się: młoda prawniczka, która nie potrafi utrzymać związków z mężczyznami; syn małżeństwa na rozdrożu z pierwszego sezonu; biznesmen w średnim wieku, którego problem dopiero się wyłania podczas rozmowy z terapeutą oraz młodziutka studentka ASP, która nie potrafi się pogodzić z diagnozą, jaką właśnie otrzymała od onkologa. W ostatnim sezonie tydzień terapeuty wypełniają problemy: młodego chłopaka, geja, który próbuje ułożyć sobie życie między rodzicami adopcyjnymi i biologiczną matką; starsza kobieta, która do Warszawy przyjechała z małej wsi i nie umie się w odnaleźć ani w mieście ani w rodzinie; kobieta o osobowości typu borderline oraz ksiądz, były misjonarz a teraz na rozdrożu. Sam terapeuta też ma swoje problemy: rozpada mu się małżeństwo, usiłuje poukładać stosunki z trójką dzieci, zwłaszcza z najmłodszym synem, ma problemy zawodowe, bo jest oskarżony o niedopełnienie obowiązków w związku ze śmiercią pacjenta czy problemy z zamierzchłej przeszłości z brakiem porozumienia z ojcem. I teraz najważniejsze: każda rola to majstersztyk, to niesamowity pokaz umiejętności aktorskich wszystkich i każdego z osobna. Zwłaszcza że są wyreżyserowani przez Jacka Borcucha, Wojciecha Smarzowskiego, Agnieszkę Glińską, Kasię Adamik czy Agnieszkę Holland. Jerzy Radziwiłowicz zagrał zdystansowanego, ale nie zimnego Andrzeja Wolskiego, pełnego własnych uczuć i emocji. W rolach jego superwizorów i terapeutów mamy okazję zobaczyć Krystynę Jandę i Macieja Stuhra, a rodzinę Wolskiego zagrali Anna Radwan, Mateusz Kościukiewicz, Marek Moryc i Julia Rosnowska. Pacjenci? Proszę: Weronika to Małgorzata Bela, piękna i zagubiona pani doktor, żołnierz to znakomity Marcin Dorociński, skrzypaczka to Aleksandra Kusio, a jej rodziców zagrali Urszula Grabowska i Andrzej Chyra; małżeństwo to Ilona Ostrowska i Łukasz Simlat. Młodą prawniczkę z drugiego sezonu zagrała świetna i chłodna jak zawsze, choć kipi emocjami, Magdalena Cielecka; syn rozwodzących się rodziców cudowny Stanisław Cywka; biznesmena zagrał genialny Janusz Gajos, któremu towarzyszy w roli córki Agnieszka Żulewska, a artystkę z ASP zachwycająca w tej roli Julia Kijowska (dla mnie numer jeden obsady, nie mogłam oderwać oczu i na pewno nie zapomnę). W ostatnim sezonie możemy podziwiać: w roli geja Adrian Zaremba; starszą kobietę fantastyczna jak zawsze Stanisława Celińska; kobietę z problemami zagrała nieprawdopodobnie ekspresyjna Magdalena Popławska; księdzem jest w tym serialu przejmujący Piotr Głowacki. Pojawiają się też w maleńkich rólkach Danuta Stenka, Rafał Maćkowiak, Ryszard Ronczewski, Przemysław Sadowski, Kinga Preis czy Przemysław Sadowski. Naprawdę, zostaje głęboko w głowie.

Mare z Easttown

Jak to dobrze, że znakomici aktorzy nie uważają już udziału w serialach za dyshonor. A wręcz przeciwnie, nawet z małej, epizodycznej rólki robią kreację godną największych nagród. Tę moją refleksję będę udowadniać na przykładzie dwóch seriali. Dzisiejszym jest tegoroczny, zaledwie siedmioodcinkowy produkt made in USA, który dopiero niedawno pojawił się na platformie HBO, a jego ostatni odcinek był bardzo wyczekiwany i wywołał sporo dyskusji w mediach społecznościowych. To zamknięta historia policjantki, pani detektyw w małym miasteczku, dokrętek nie będzie. Wszyscy się w Easttown znają, mieszkają obok siebie, dzieci się przyjaźnią, były mąż mieszka za płotem ze swoja nową partnerką, właśnie ogłasza zaręczyny. I nagle znaleziono zwłoki młodej dziewczyny i rusza śledztwo. Detektyw Mare Sheehan znana jest z tego, że nie odpuszcza, tym bardziej, że wisi jej nad głową niewyjaśniona od roku sprawa zaginionej córki bliskiej znajomej. Zawzięta, ale szczera, prawdomówna i uczciwa do bólu Mare robi wszystko, by rozszyfrować zagadkę kto zabił i dlaczego. Poznajemy bliskich bohaterki i jej osobiste problemy na tle miasteczka, w szerszej perspektywie. Przejmujemy się i nią i innymi bohaterami, bliskimi zamordowanej, a także rodziną mordercy. Rozwiązanie zagadki nie jest łatwe, ale jak już dowiadujemy się kto winien, to przyjmujemy to, bo i motyw jest dla nas jasny i zrozumiały. Mimo wszystko. A Mare, wbrew pokusom, wyjaśnia sprawę do końca. Największym atutem filmu, poza intrygą i głębokim spojrzeniem na społeczność i jej problemy, jest udział rewelacyjnej brytyjskiej aktorki Kate Winslet. Jej Mare, zaniedbana, zabiegana, zmęczona, zestresowana, jest bardzo przekonująca i przykuwa całą uwagę widza. Towarzyszą jej inni, równie dobrzy: Guy Pearce czy Jean Smart, ale to jest wyłącznie show Kate. Bardzo, bardzo polecam.

Kontra

To serial o specjalnej grupie wojskowych (Sekcja 20, niby brytyjska, ale są też pomocni Amerykanie), którzy rozwiązują sprawy nierozwiązywalne na całym świecie i są posyłani tam, gdzie nikt inny już nic nie zdziała. Najczęściej efektem działania Sekcji jest rzeź, ale ofiarami nie są niewiniątka. Choć czasem zabłąkana kula trafi i w dobrego, a nawet w bohatera. Może być że i w głównego. No cóż, gdzie drwa rąbią…. Ale serial jest zrobiony z przymrużeniem oka, z dowcipnym przekomarzaniem silnych chłopców. Mnie podobały się najbardziej pierwsze cztery sezony ze wszystkich siedmiu. Może dlatego, że po tych czterech sezonach następuje wymiana głównych bohaterów, choć zabawne jest nagłe pojawienie się panów w jednym czy dwóch końcowych odcinków sezonu piątego. Poza panami pojawiają się i panie, nie tylko w scenach rozbieranych (bo panowie lubią kobiety, zwłaszcza jeden nie odpuszcza) ale są równie skuteczne i waleczne jak panowie. A nawet nimi dowodzą. Serial powstawał w latach 2010 – 2020, ma znakomita muzykę, zwłaszcza w czołówce. Oryginalny tytuł brzmi Strike Back, a w poszczególnych sezonach ma podtytuły. Zagrali w nim m. in.: Philip Winchester, Sullivan Stapleton, Michelle Lukes, Daniel MacPherson, Alin Sumarwata, Warren Brown, Robson Green, Jamie Bamber, Rhona Mitra, Charles Dance czy Richard Armitage. Jak lubicie takie kino to macie kilka tygodni z głowy, bo ogląda się fajnie i nie nudzi na dłuższą metę.