Dziewczyna we mgle

To pierwszy film włoskiego reżysera Donato Carrisi, który jest kryminologiem i behawiorystą. Film, o którym dzisiaj piszę, zrealizowany został w 2017 roku w koprodukcji włosko – francusko – niemieckiej. To dosyć mroczny i tajemniczy kryminał, w którym poza zniknięciem nastolatki i kilkoma sprawami sprzed lat, zaczynających się łączyć z wątkiem głównym, dotyka problemu działalności mediów. Gdy znika młoda dziewczyna, której rodzina należy do bractwa religijnego, w okolicy pojawiają się także dziennikarze, których głównym celem jest polowanie na news, na fotkę. Śledztwo prowadzi komisarz Vogel, którego przysłano by rozwiązał problem i znalazł zaginioną. On natomiast próbuje w swoim śledztwie wykorzystać znajomość z jedną z dziennikarek i umiejętnie z nią współpracując wpływać na odbiór medialny. Te fragmenty filmu są nieco nużące i odbiór jest nierówny. Jednak film jest całkiem niezły, a sam problem i jego rozwiązanie zadowoli nawet najbardziej wybrednego widza. Tym bardziej, że wśród obsady mamy dwie gwiazdy, obie w epizodach, występują tu bowiem Greta Scacchi i Jean Reno. Mimo wszystko warto obejrzeć, bo klimatem przypomina nieco skandynawskie historie i w zalewie amerykańskich opowieści to niezła odmiana.

Anna

Bardzo lubię filmy Luca Bessona, nigdy nie są nudne. Oglądając ten film, który zrobił w 2019 roku, też się nie nudziłam, choć to już nie jest pierwszy taki w dorobku reżysera. Mamy przecież i niedoścignioną „Nikitę„czy nieco udziwnioną „Lucy„, ale jednak ta zeszłoroczna robota broni się montażem i grą jednej aktorki. I nie jest nią ta, która gra rolę tytułową. Ale po kolei. Film opowiada historię prześlicznej rosyjskiej modelki, która robi karierę na rynkach zachodnich. I jest agentką KGB, która wykonuje zlecenia i poluje na różnych takich. Wśród pięknych dziewcząt, cudownych kreacji, świetnych wnętrz trup ściele się często i gęsto, nasza tytułowa Anna nie ustaje w pracy na moment, marzy o odpoczynku i wytchnieniu. I próbuje sobie wywalczyć wolność od zleceń i zleceniodawców. A najważniejszą jej szefową jest Olga, jedna z szych w KGB. I to jest postać, która twardo trzyma cały ten balet na krawędzi. Helen Mirren w tej kreacji jest cudowna, tak sowiecka, że aż wzbudza uśmiech. Nieodłączny papieros, wielkie okulary i olbrzymie futra, w które jest wiecznie otulona, to niezbędne elementy tej groźnej postaci. Fantastycznie się bawiłam przyglądając się temu, co widziałam na ekranie i myślę, że aktorka również miała niezłą frajdę. Lubi to chyba, bo przecież ma dwie części „RED” za sobą, gdzie sama z wielkim wdziękiem strzelała. Tu, poza tytułową Anną, którą zagrała Sasha Luss, towarzyszą jej jedynie Luke Evans i Cillian Murphy, którego było przyjemnie oglądać w roli wyluzowanego agenta FBI. Polecam, głównie ze względu na Helen, bo reszta jest schematyczna, ale świetnie zmontowana i bardzo taneczna.

To wiem na pewno

Mini seriale to jest ten rodzaj filmu, który lubię najbardziej. Półtorej, dwie godziny to czasem zdecydowanie za mało, żeby dobrze opowiedzieć fajną historię. Trzy godziny bez przerwy są zwykle już bardzo nużące. A serial? Można spokojnie przerwać i dooglądać później. I tak właśnie jest z tą historią, to serial zaledwie sześcioodcinkowy, czyli w sumie trwający około 6 godzin. To bolesna, ale bardzo wciągająca opowieść, której trudno się oprzeć. Rozpoczyna się bardzo dramatycznie w miejskiej bibliotece, w której jeden z dwóch głównych bohaterów obcina sobie dłoń. To opowieść o braciach bliźniakach, ich dzieciństwie, dorastaniu i ich dorosłym życiu. Starszy o kilka minut Thomas cierpi na schizofrenię paranoidalną, natomiast Dominic całe swoje dorosłe życie podporządkowuje bratu. Ma wobec niego wyrzuty sumienia, które usiłuje sobie ułożyć podczas terapii u psychoterapeutki zajmującej się bratem w ośrodku odosobnienia. Chce jej pomóc w dotarciu do brata, ale przez to musi się sam otworzyć. Usiłuje odkryć dlaczego życie doświadcza go tak boleśnie, pogodzić się ze sobą i wszystkimi dookoła. W domu znajduje zapiski dziadka, emigranta z Włoch i tak w retrospekcji poznajemy przeszłość rodziny. Poznajemy dzieciństwo mamy chłopców, do ostatniego odcinka nie znamy natomiast ojca. W wychowaniu mamę wspierał Ray, ojczym, ale nigdy nie był dla nich zbyt wyrozumiały i czuły. To, kim był ich prawdziwy ojciec, to tajemnica tak głęboko ukryta (nie dla wszystkich, jak się okazuje w ostatnich minutach filmu), że rozwikłanie jej wiąże się z wieloma mylnymi tropami, które robią na widzu (i bohaterze poszukującym korzeni) wielkie wrażenie. Największym atutem filmu jest jednak niebywała i fascynująca kreacja Marka Ruffalo, który zagrał obu dojrzałych mężczyzn: chorego, zapuszczonego i głęboko nieszczęśliwego Thomasa oraz poszukującego, zabieganego i szamoczącego się w tym wszystkim Dominica. Pomijam tu różnice fizyczne, bo to część kreacji aktorskiej i charakteryzacji. Niesamowita jest tutaj konsekwencja w budowaniu dwóch, jakże różnych, mimo, ze bliźniaczych, postaci. Fenomenalne role, rewelacyjna robota. Jestem pełna uznania dla aktora, ale także towarzyszących mu kobiet: Melissa Leo w roli Dessy, Rosie O’Donnell w roli opiekunki Thomasa, Archie Panjabi w roli psychoterapeutki oraz nieco przeszarżowanej tłumaczki języka włoskiego w wykonaniu Juliette Lewis. Film na pewno zostaje z nami na dłużej.

Good Night and Good Luck

Ten film powstał w 2005 roku i wyreżyserował go wybitny aktor George Clooney. I jak się okazuje również znakomity reżyser. Obejrzałam film zaraz po premierze i pomyślałam, że to stare pieczki (odgrzewane kotlety), że okropne rzeczy działy się w latach 50. w USA, ale nieporównywalne z tym, co działo się wtedy u nas i w całym bloku wschodnim. Może dobrze, że się bali komuchów, ale ten cały senator McCarthy, jego metody szkalowania i wymuszanie denuncjowania zaledwie podejrzanych o sympatię w stosunku do innych, oczywiście budził wstręt. Ale to przecież historia i to nie nasza, dlatego film, mimo, że krótki, trochę męczył i nudził. Aż do dzisiaj. Warto sobie przypomnieć ten film, który jest relacją z prawdziwej medialnej wojny, jaką bardzo znany dziennikarz telewizyjny ze stacji CBS Edward R. Murrow wypowiedział senatorowi Josephowi McCarthy’emu. Oglądając go w Polsce Anno Domini 2020 dostrzegam w nim rzeczy, które budzą we mnie strach. Otóż metody działania, system zaszczuwania innych zbudowany przez senatora jako żywo przypomina mi Polskę PiS. Słowem „inni” zastępuję tu wszystkich myślących i czujących inaczej niż prezes. Obyśmy ciągle jeszcze mieli takich jak Edward R. Murrow, odważnych i gotowych do prawdziwie dziennikarskiej pracy. Oczywiście nie myślę tu absolutnie o tych ludziach, którzy są zatrudnieni w tv publicznej, bo to nie jest dziennikarstwo, a oni nie zasługują na to szlachetne miano.  Do tego film jest znakomity aktorsko, grają same tuzy: w roli głównej wystąpił David Strathairn, a towarzyszą mu poza George’m Clooney’em: Robert Downey Jr, Patricia Clarkson, Jeff Daniels, Frank Langella, Ray Wise i wielu innych. Senatora zagrał sam senator McCarthy, bo umiejętnie zmontowano filmy z jego udziałem z przesłuchań oskarżanych i telewizyjnych występów. Film jest czarno biały i bardzo wysmakowany, zarówno w sferze scenografii i zdjęć, jak i w oprawie muzycznej. Dostał zresztą aż sześć nominacji do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Tytuł filmu jest cytatem z Murrowa, w ten sposób kończył każdy odcinek swojego programu. A więc good bye. And good luck.

Angielski pacjent

Już mija 25 lat od powstania tego filmu, bo premierę miał w 1996 roku. Epicką, bardzo długą (2h 35 min.) opowieść o miłości zrealizował Anthony Minghella wg własnego scenariusza i pamiętam, że wtedy byłam tym filmem zachwycona. Ostatnio często myślałam o tym, żeby o nim napisać, zawsze staram się jednak film sobie przypomnieć i nie tworzyć z pamięci. I zobaczyłam go ponownie wczoraj, w letni gorący wieczór, już nie w kinie. Znowu zrobił na mnie wrażenie, to naprawdę piękna, choć niespieszna opowieść. Film zaczyna się od katastrofy małego samolotu na pustyni, na pokładzie którego znajdowała się para. Kobietę znaleziono martwą, pilota bardzo ciężko poparzonego najpierw ratowali miejscowi beduini, potem zajęła się nim profesjonalna służba medyczna armii włoskiej. Z jedną z pielęgniarek, która również potrzebowała spokoju, pilot jako angielski pacjent trafił do zniszczonego i opuszczonego domostwa niedaleko Florencji. Hana ofiarnie zajmuje się nim, wychodząc z własnych wojennych traum (zbliża się koniec II wojny światowej), on natomiast w spokoju i ciszy zaczyna sobie przypominać swoją historię. I tak powstaje na ekranie opowieść o miłości hrabiego Laszlo de Almasy do żony poznanego przypadkiem Geoffreya Cliftona, Katherine. Fascynująca, hipnotyzująca historia opowiedziana na tle piasków pustyni (filmowano w Tunezji) oraz ogrodów Toskanii, przepięknie sfotografowana i oprawiona muzycznie. Do tego cudownie zagrana. W roli Laszlo niezrównany i zawsze genialny Ralph Fiennes (już po „Liście Schindlera” i „Quiz show„, a jeszcze przed wieloma swoimi wielkimi kreacjami). Towarzyszą mu: w roli Hany Juliette Binoche, a w roli Katherine Kristin Scott Thomas. Na ekranie pojawiają się także Colin Firth, Willem Dafoe i Naveen Andrews. Film ten otrzymał aż siedem Oscarów, w tym za najlepszy film roku, za reżyserię, muzykę oryginalną, zdjęcia, montaż, scenografię i kostiumy.  I za drugoplanową rolę żeńską dla Juliette Binoche, reszta aktorów musiała się pocieszyć nominacjami.

Billions

Znowu serial,  jak na razie pięć sezonów, powstaje od 2016 roku. Opowieść o dwóch panach i ich relacjach stworzyła trójka scenarzystów: Andrew Ross Sorkin, Brian Koppelman i David Levien. Jednym z bohaterów jest Robert Axelrod, właściciel funduszu hedgingowego, bardzo bogaty uzdolniony handlowiec. Już nie taki znowu szczeniak, pewnie po czterdziestce, ale korzysta z życia przytomnie, większość czasu poświęca swojej pasji jaką jest praca. Żona, dwoje dzieci, kilka domów, w tym najnowszy w Hamptons, miejscu, gdzie wakacje spędzają najbogatsi nowojorczycy. Drugim bohaterem jest prokurator okręgowy Charles Chuck Rhoades, którego żona Wendy, pracuje u Axelroda. Co nie jest bez znaczenia, choć nie w tym sensie, który przychodzi nam zaraz do głowy. Historie są różne, plotą się przyjaźnie i wrogie intrygi, pojawiają się dni szczęścia, ale i wielkie problemy. Mnie ujęło kilka postaci pojawiających się na ekranie. Zacznę od tych najważniejszych: Axelroda gra świetny Damian Lewis, niezapomniany z seriali „Kampania braci„,”Homeland” czy z serialu „Saga rodu Forsythe’ów” z roku 2003. Postać fantastyczna, niejednoznaczna, spinająca w ręku większość wątków. Chucka zagrał Paul Giamatti, to prokurator z ciemną stroną charakteru, bo jak wiemy od pierwszego odcinka, Chuck uprawia BDSM. Oczywiście ukrywa to przed światem. Poza tym żona i dwoje dzieci, które są tylko wypełnieniem obrazka. Ale ojcem jest raczej fajnym. Sam jest synem byłego prokuratora, który to tatuś dosyć aktywnie włącza się w jego życie, proszony i nie proszony. Bardzo podoba mi się postać Wendy, żony Chucka i współpracownicy Axelroda, często balansującej na krawędzi i starającej się być lojalną wobec obu. Co nie jest łatwe, zwłaszcza, gdy trwa wojna między panami. Zagrała ją Maggie Siff („Synowie anarchii” czy „Mad Men„), urocza pani z klasą. Prawą ręką Boba jest Mike Wags Wagner, nieco zwariowany, pyskaty i rozrywkowy.  W tej roli wystąpił świetny David Costabile, widziany wcześniej w wielu serialach i filmach, choćby w  „Suits” czy „Breaking Bad„. W pewnym momencie pojawia się także nowa postać, Taylor Mason, pierwsza na ekranie niebinarna (o niesprecyzowanej płci) osoba zagrana przez niebinarną płciowo aktora/kę. Taylor w chwili pojawienia się na ekranie przedstawia się: należy do mnie mówić oni, ich. Zaskakujące, ale ciekawe. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Zagrała ją Asia Kate Dillon, znana z „Orange is the New Black„. W serialu pojawiają się w epizodach równi fajni aktorzy, warto wymienić dwóch: Kevin Pollack w roli ojca Taylor, który średnio radzi sobie z uznaniem inności swojego dziecka, ale się stara. Drugą, absolutną perełką serialu jest John Malkovich w roli rosyjskiego milionera, który robi interesy w USA. Świetna postać, nieco schematyczna, ale chwilami urocza. Mnie zachwyca cudowny rosyjski akcent w łamanej angielszczyźnie bohatera oraz nieśmiałe próby mówienia po rosyjsku. Poezja!

Kalifat

Ośmioodcinkowa tegoroczna produkcja szwedzka, która opowiada o tym, jak w obecnych czasach fundamentaliści ISIS próbują werbować młode dziewczyny w kraju tolerancji i wolności jakim jest Szwecja. Bohaterkami są przede wszystkim młode dziewczyny z problemami rodzinnymi i tożsamościowymi, których sytuację usiłuje wykorzystać młody i czarujący mężczyzna. Zdobywa ich zaufanie, umiejętnie osacza i prowadzi do celu, jakim jest wyjazd do Syrii, gdzie stają się żonami arabskich fundamentalistów. Albo same dokonują zamachów na miejscu w Europie. W równoległej narracji poznajemy losy policjantki ze służb, która zajmuje się właśnie śledzeniem komórek ISIS w Szwecji i ich działalnością. Opowieści świetnie się przeplatają, przez co historia jest bardziej intrygująca i trzyma w napięciu. Ogląda się dobrze, przy okazji poznaje się mentalność Szwedów i ich podejście do uchodźców. To kraj, w którym naprawdę mogłabym żyć mimo istniejących zagrożeń, które nie są powodem do negatywnego nastawienia wobec „innych”. Każdy ma prawo do własnego wybranego sposobu na życie, a nieufność pojawia się dopiero wraz z podejrzeniem o udział w nielegalnych działaniach. Polecam, choć to smutna historia, pełna napięcia i zwrotów akcji.

Katarzyna Wielka

Ostatnio była „Wielka„, a dziś to starsze brytyjskie – amerykańskie dzieło z zeszłego roku. Niby ten sam temat, a jednak to zupełnie inna galaktyka. Nijaka intryga, która opowiada o romansie Katarzyny z Grigorijem Potiomkinem.  Chemii tu nie ma zbyt wielkiej zresztą. Dialogi słabe, miałkie i nudne. Jedyny element, która cieszy oczy to scenografia, w którą władowano tyle forsy, że to aż kapie i cieknie z ekranu. Wnętrza, stroje, dodatki – przepiękne.  No i główna postać w wykonaniu cudownej i zawsze urokliwej Helen Mirren. Dostała zresztą nominacje do nagród za tę rolę: do Złotego Globa, Satelity i Złotych Szpul. Gdyby nie ona wyłączyłabym zaraz i nikomu się nie przyznała, że to kiedykolwiek widziałam. Towarzyszą jej m. in. Jason Clarke, Gina McKee i Rory Kinnear. W każdym razie te dwa elementy: kasa i Helen zmarnowano koncertowo, aż przykro….. Oglądajcie, ale nie mówcie, że nie ostrzegałam.

Wielka

Przygody Kaśki na rosyjskim dworze to świetna zabawa, chwilami ryzykowna, a czasem nawet bardzo krwawa. Serial prod. USA niby historyczny, ale z historią nie ma nic wspólnego poza pewnymi postaciami. Główna bohaterka to Katarzyna i jej trudne początki po przyjeździe z Austrii do Rosji, gdzie poślubia Piotra. A że jest młoda, zdolna,wykształcona i ambitna to postanawia przejąć tron. And make Russia great again. Cóż, musi tylko załatwić parę rzeczy: zabić męża, dogadać się z wojskiem i cerkwią, przejąć władzę na dworze… Oj, dzieje się dużo i bardzo mocno. Znakomita realizacja, z rozmachem i pomysłem. Dowcipna, trafna i poprawiająca nastrój, ale trzeba złapać konwencję. Genialne nazwiska bohaterów, bo trudno nie nazwać ludzi na rosyjskim dworze inaczej niż Gorki, Raskolnikow, Smolny, Rostow, Smirnov (a to akurat lekarz jest), Breżniew czy nawet Buharin. Obsada też cudowna w każdej roli: Elle Fanning w roli Katarzyny czy Nicholas Hoult w roli Piotra. Zachwycający i genialny jest Douglas Hodge, którego pamiętam jeszcze z roli Declana w serialu „Capital City„, młodego i szczupłego. Tu jest spasionym, wiecznie narąbanym dowódcą wojsk carskich, ale we wszystkich scenach cudowny, zwłaszcza w końcowych odcinkach.
Zachwycona też jestem muzyką, ktoś kto wymyślił, że każdy odcinek o wielkiej Katarzynie będzie się kończył bardzo nowoczesną współczesną nam muzyką był wizjonerem. Odcinek zakończyć piosenką w wykonaniu Suzi Quattro „Wild one” to jest moc. Bardzo polecam. Świetnie spędzone 8,5 godziny, bo tyle trwa całość.

Zabawa zabawa

Polskie dzieło Kingi Dębskiej z 2018 roku. To trzy kobiece historie, opowiadane równolegle i dotyczące alkoholizmu kobiet. Każda z bohaterek jest w innym wieku, każda inaczej traktuje swoje nałogowe picie i tylko jedna korzysta z lekcji, jaką jej życie udzieliło. Wybitna lekarka, pediatra, chirurg. Znakomita prokurator, żona posła. Oraz młodziutka studentka, która dorabia w korpo. Początek obiecujący, ale rozwinięcie takie se. Mimo, że problemy ważne, historie poruszające, to jednak brakło mi głębi w tych historiach. Zwłaszcza w historii studentki, gdzie sprowadza się to do oskarżenia, że gdyby nie piła, to nie wydarzyłoby się to, co się wydarzyło. Czyli sama sobie winna. A tak nie jest i tak nie wolno. Zwłaszcza reżyserowi płci żeńskiej. A tak w ogóle nie zajmowałabym się tym filmem, gdyby nie obsada. Lekarkę zagrała cudownie przekonująca Dorota Kolak, którą kocham miłością głęboką od chwili, gdy ją ujrzałam w serialu „Radio Romans„. Panią prokurator (mimo feminizmu wrodzonego niektóre feminatywy mnie drażnią, np. prokuratorka) jest w tym filmie Agata Kulesza, jak zwykle wtopiona w rolę. Z całej trójka najsłabsza jest najmłodsza Maria Dębska w roli studentki – pracownicy korpo, szczególnie w scenach rodzinnych i wahań moralnych, tak to nazwijmy. Tło osobowe także fantastyczne, bo do roli znanego posła zatrudniono Marcina Dorocińskiego. Rodziców studentki zagrali Dorota Landowska i Przemysław Bluszcz. Ale są i : Mirosław Baka, Marian Dziędziel, Rafał Rutkowski i Sławomir Zapała (zabawny duet gliniarzy), Jowita Budnik, Tomasz Sapryk, świetna Katarzyna Kwiatkowska…. Cały tłum epizodycznych rólek, z których każda mogłaby być znakomitą lekcją aktorstwa. I tyle. A morał? Nie pijmy. Przynajmniej w pracy.