Windą na szafot

Strasznego pecha miałam zawsze do tego filmu, nigdy mi nie było z nim po drodze. Nawet na studiach, gdy oglądaliśmy większość klasyki, mignął mi tylko tytuł i pamiętam jak mój najlepszy kumpel opowiadał mi fabułę. I mimo tego, że opowiedział, został tym najlepszym do dzisiaj. Fascynował mnie ten tytuł, brzmiał tak tajemniczo i tragicznie. Do tego otaczał całą historię nimb wyjątkowości, bo i  taki reżyser i taka odtwórczyni głównej roli i do tego taka muzyka. No i obejrzałam go dopiero wczoraj, przyznaję, klimat znakomity ale fabuła, sposób narracji i całość w gruncie rzeczy nie wytrzymała próby czasu. Nie czuję się bardzo rozczarowana, ale jednak czasy i sposób opowiadania się zmieniły. Ten film zapoczątkował kino noir, opowiada o zbrodni, jaką Julien zaplanował, by pozbyć się męża swojej kochanki Florence. Morderstwo zaplanowane znakomicie, okazuje się mieć lukę – nieuwagę – co prowadzi oczywiście do zawalenia się całej misternej zbrodni. A wszystką przez tytułową windę, w której morderca spędzi całą noc. Wszystko toczy się wolno, film jest czarno-biały, zrealizowany został bowiem przez Louisa Malle’a w 1958 roku. Główną rolę żeńską zagrała naprawdę piękna Jeanne Moreau. Muzykę, nagraną za jednym kilkugodzinnym posiedzeniem, zaimprowizował Miles Davies i to daje temu filmowi najwięcej. Klimat powolnego towarzyszenia Florence w poszukiwaniu ukochanego na ulicach Paryża w deszczu i w światłach nocy jest nieprawdopodobny. To najpiękniejsze chwile filmu i jedyne, dla których naprawdę warto w dzisiejszych czasach obejrzeć ten obraz