Squid Game

Mimo wielokrotnych zachęt ze strony znanego Wam już „R”, do tego serialu podchodziłam z oporami. A powinnam była zaufać. W końcu jednak to zrobiłam i nie żałuję, tych prawie 9 h, poświęconych tej produkcji. Twórcami są Koreańczycy, więc z góry wiedziałam, że będzie to co najmniej nieco odległe od tego, do czego jestem przyzwyczajona. Odstręczał mnie nieco temat – gry dziecięce – i do tego jak się szybko okazuje – o życie. Właściwie gry na śmierć i życie. Na początku poznajemy głównego bohatera, Gi-hun Seong, który wiedzie beznadziejny żywot bez pracy, bez kasy, na utrzymaniu matki, rozwiedziony i rozdzielony z córką, uroczą i bardzo kochającą dziesięciolatką. Pewnego razu, na stacji metra, spotyka elegancika, który mu proponuje grę hazardową, gdzie kasę zamienia w policzek. A potem proponuje, by zadzwonił pod wskazany numer. I tak, wraz z 455 innymi nieszczęśnikami, zadłużonymi i życiowo pod ścianą, trafia do miejsca, gdzie zamaskowani ludzie proponują im rozgrywki o ciężkie miliardy wonów. Tylko tyle, że każdy przegrywający zostaje wyeliminowany. Dosłownie. Serial jest krwawy, okrutny i trzyma w napięciu. Ale nam, Europejczykom, pokazuje i uświadamia to, że wszyscy, bez względu na miejsce urodzenia i wychowania, jesteśmy tacy sami. Mimo różnic w ekspresji wyrażania emocji (lub ich braku) jesteśmy okrutni, zawistni, mściwi, ale też potrafimy być współczujący, wspierający. Bywamy też szczerzy i otwarci. Twórca tej historii myślał o realizacji prawie dziesięć lat, a teraz trafiło na niezły szał na kino koreańskie (np. oscarowy „Parasite„). Ciekawe, czy będą dalsze sezony, interesujące na czym miałyby się opierać. Polecam tym, którym nie straszne okrutne sceny na ekranie, ale także chcą się czegoś o sobie dowiedzieć. Interesujące jest bowiem obserwowanie czyje losy nas przejmują i komu kibicujemy najbardziej. Scenografia, dziecięca, fascynująca i bajecznie kolorowa, nieco łagodzi przekaz. Choć może wręcz przeciwnie?