Roma

Ten film zaczynałam oglądać kilka razy. Nawet się śmiałam, że oglądam go w odcinkach. Jakoś nie chwytał. Raczej nie łapałam klimatu i formy. Dopiero za trzecim razem załapało i poddałam się historii i obrazom. Podobał mi się. Intrygująca obserwacja życia rodziny i służby, widz czuje się trochę podglądaczem wpuszczonym przez przypadek do skomplikowanych układów rodzinnych. Urokliwe, nieprawdopodobne czarno-białe zdjęcia pokazują rodzinę, która się właśnie rozpada. Ojciec odchodzi, nad dziećmi i służbą próbuje zapanować zrozpaczona porzucana żona. Do tego mamy kilka służących, w tym Cleo, której los także się właśnie zmienia. O tym filmie napisano już tak wiele, przede wszystkim pełno było zachwytów nad reżyserią. Alfonso Cuaron, znany meksykański reżyser, dostał już Oscara za „Grawitację„. A „Roma” własnie otrzymała trzy Oscary i to tam, gdzie rywalizowała z naszą „Zimną wojną„. A więc najlepszy film nieanglojęzyczny, reżyseria i zdjęcia. Cuaron chciał zatrudnić do zdjęć naszego Łukasza Żala („Zimna wojna” właśnie, też nominowany w tej kategorii), ale ten już był zajęty. Cuaron więc sam stanął za kamerą i wygrał. Dla tych zdjęć, niesamowitych, przykuwających całą uwagę, warto poświęcić czas. I oczywiście dla samej, leniwej historii i gry aktorskiej. Tu tak naprawdę liczy się wyłącznie Cleo, którą zagrała Yalitza Aparicio