Pół żartem pół serio

Jedna z najbardziej znanych i najcudowniejszych komedii, jaka kiedykolwiek nakręcono. Nie przeszkadza jej nic: upływ czasu, to, że jest czarno-biała, ani to, że wszyscy znają historię nakręconą przez Billy’ego Wildera w 1959 roku. Bawi zawsze i wszystkich, zarówno przez
dowcip sytuacyjny, jak i rewelacyjne dialogi. Dwóch muzyków: saksofonista Joe (niezapomniany Tony Curtis) i kontrabasista Jerry (jeszcze bardziej niezapomniany Jack Lemmon), którzy bardzo cienko przędą i mają straszne długi wszędzie i u wszystkich, są przypadkowymi świadkami porachunków gangsterskich w Chicago. Jedynym ratunkiem dla obu panów jest ucieczka z miasta, dlatego też angażują się do orkiestry swingowej, tyle, że jest to orkiestra żeńska. Najsłynniejsza przebieranka w historii kina zaczyna się sceną na dworcu, gdy przebrani za kobiety muzycy muszą stawić czoła wielu pięknym kobietom, w tym najsłynniejszej – Marylin Monroe, która chodzi, jakby w nogach miała sprężynki (to cytat z Jerry’ego, któremu trudno idzie nauka chodzenia na wysokich obcasach). Film świetnie zrealizowany pod każdym względem, również muzycznym. Wszyscy w tym filmie grają znakomicie, od MM, która tu nie jest wyłącznie symbolem seksu a samotną i wykorzystywaną Sugar Kowalczyk, przez Tony’ego Curtisa na plaży, taniec z różą Jacka Lemmona, do Osgooda, czyli milionera, któremu miłość do Jerry’ego pozwala wybaczyć wszystko, bo przecież „Nobody’s perfect”. Nawet Słodka Sue z jej krzykiem „Poliakoff!!!” jest niezapomniana. To film, który zawsze powoduje, że się uśmiecham.