Nie czas umierać

Oj, ciężko pisać o filmie, gdy nie można zbyt dużo zdradzić z fabuły. No, ale spróbujmy. Ten, 25 Bond, zaczyna się nietypowo, bo prequelem z prequelem. Tzn. na samym początku jest historia sprzed lat dotycząca dwóch postaci filmu, a potem jest znowu historyjka sprzed lat pięciu zaledwie, wstęp do filmu właściwego, już z samym Jamesem na ekranie. I tu już jest szybko i gwałtownie na ulicach włoskich miasteczek (sceny kręcono w Pugli i Materze), jak to zwykle w początkowych scenach Bonda bywa. Potem się dowiadujemy, że po tym wszystkim Bond postanowił przejść na emeryturę i spotykamy go po pięciu latach wypoczynku na Jamajce. Życie wzywa, a konkretnie Felix Leiter z CIA prosi go o pomoc przy odbiciu porwanego naukowca. No i mamy niesamowite 163 minuty, w czasie których prawie w ogóle nie łapiemy oddechu, cały czas musimy śledzić akcję, w której wiele się dzieje. Bond ma tylko czas na dwa krótkie drinki, zero seksu. Okazuje się, że agentów 007 jest dwóch, w tym jeden jest piękną postawną czarną kobietą. Równie sprytną i cwaną jak dotychczasowy. Cary Joji Fukunaga, reżyser, zrobił bardzo dobrego Bonda, wplatając nawiązania do poprzednich części, ale też pewne rozwiązania są bardzo nowatorskie i zaskakujące. By nie rozwodzić się nad fabułą, bo mogę chlapnąć za dużo, zwrócę uwagę na aktorstwo. Craig jest taki jak dotąd, choć pewna wrażliwość, nieznana do tej pory, musiała się pojawić i jest fajnie wygrana. Lea Seydoux (Madeleine Swan), którą już widzieliśmy w poprzedniej części, jest piękna choć nieco chłodna i nieco sztywna. Lashana Lynch (Nomi) świetna w roli kobiecej wersji 007. Ralf Fiennes (M) zawsze zachwyca, tu tym bardziej, Ben Whishaw (Q) bawi, Naomie Harris (panna Moneypenny) przyciąga uwagę, a Christoph Waltz kradnie show, gdy tylko się pojawia. Remi Malik, fantastyczny w roli Freddie’go Mercury, tutaj rozczarowuje. Jest kompletnie nieprzekonujący w roli czarnego charakteru, a tajemniczość gubi po pierwszym występie. Cudowny jest natomiast epizod z udziałem Any de Armas. Zabawny i uroczy. Dobrze się bawiłam, pierwszy raz pojawiło się wzruszenie. Ale płakać na Bondzie? Ucieszył mnie napis „James Bond pojawi się w następnym filmie”, bo to, że Craig odejdzie to wszyscy wiedzieli, ale że tak…..

Nic to, Baśka, nic to.