Love story

Ten film to był szał. Szaleństwo i histeria.  Zwłaszcza ze strony damskiej widowni. Nie liczyło się tak bardzo kto gra i kto to nakręcił, bo najważniejsza w tym filmie była historia. Prosta, mało efektowna a poruszająca wszystkich. No dobrze. WSZYSTKIE. Bo to film, który bardziej porusza kobiety. Albo inaczej: panowie się do tego wzruszenia rzadko przyznają. W 1970 roku Arthur Hiller na podstawie króciutkiej historii Ericha Segala zrealizował swój najbardziej znany film, historię miłości dwojga studentów Harvarda. On, Olivier Barrett IV, to dziedzic milionera. Ona, Jennifer Cavillieri, to córka włoskiego emigranta. Łączy ich wielkie uczucie, niestety, nie akceptowane przez ojca Oliviera. Ale młodzi wbrew wszystkim i wszystkiemu postanawiają być razem, biorą ślub i zaczynają życie we dwoje, w bardzo skromnych warunkach, bo Olivier zrywa kontakty z rodziną. Wszyscy znają tę historię, więc opowiadanie końca tego filmu i tak nie ma sensu. Wzruszająca gra zupełnie nie znanych wtedy aktorów: jego zagrał młodziutki i bardzo chłopięcy Ryan O’Neal, ją cudowna Ali MacGraw. Warto chyba wspomnieć drobniutką epizodyczną rolę Tommy Lee Jonesa, który wystąpił jako jeden z kumpli głównego bohatera. Świetne zdjęcia uzupełniła fantastyczna muzyka Francisa Lai, nagrodzona zresztą jedynym dla tego filmu Oscarem.
Zawsze przypomina mi się jak do kina na ten film poszła moja mama ze swoją koleżanką, a ta zaczęła płakać już podczas napisów początkowych. Mama zapytała: Czemu płaczesz???? A ona na to: Bo już wiem, jak się to skończy!
Takich widzów ten film miał setki….