Na wodach północy

To pięcioodcinkowy bardzo męski, mroczny, okrutny i zimowy do szpiku serial, zrealizowany przez Andrew Haigha na podstawie książki Iana McGuire. Kobiet prawie nie ma, a jak są to pełnią role użytkowe (dziwki, kucharki, opiekunki chorych), a w głównej intrydze w ogóle nie występują. Mamy rok 1859, a główny bohater to chirurg bez grosza przy duszy, Patrick Sumner, który po mrocznych przeżyciach w Indiach, postanawia kompletnie zmienić swoje życie i jako lekarz zaciąga się na okręt wielorybniczy. Wielorybnictwo umiera, więc na tę wyprawę łapią się wyłącznie ostatnie szuje za bardzo niskie stawki. Do tego armator pragnie zarobić na ubezpieczeniu i knuje z kapitanem. Życie na „Ochotniku”, który płynie na połów na morza północne w krainę lodu i zimy, to kompletnie zamknięty męski świat i wszystkie emocje są takie, bo mamy do czynienia z ekstremalnymi warunkami. Patrick Sumner trafia na zbieraninę mężczyzn, z różnymi problemami i różną odpornością. A głównym antagonistą staje się brutalny, pozbawiony sumienia i ludzkich uczuć harpunnik Henry Drax. To między tymi dwoma postaciami rozgrywa się główna intryga, walka, choć na początku nic tego nie zapowiada. Serial jest nieco długi, ale filmowany fantastycznie. Zwłaszcza zimowe pustkowia archipelagu Svalbald, gdzie nakręcono większość zdjęć, wody skute lodem, śniegowe połacie robią wrażenie. Niesamowite, przerażające polowanie na foki, które swoim okrucieństwem przypomniało mi scenę z wymordowanymi bizonami w „Tańczącym z wilkami” Costnera. Okrutne, surowe życie Innuitów, ich ufność i prostolinijność. I dwie rewelacyjne kreacje aktorskie, które należy zauważyć i głośno o nich powiedzieć. Jack O’Connell w roli Patricka, zwłaszcza w chwilach walki z samym sobą i niedźwiedziem, osiągnął naprawdę wysoki poziom. Jego samotność i inność w tym towarzystwie bije w oczy, jest przejmująca. Natomiast Henry Drax w wykonaniu Colina Farrella to potwór. Przerażające, okrutne, odrażające monstrum z lekkim zacięciem filozoficznym. Zagrane przez Farrella, zmienionego i prawie nie do rozpoznania, fenomenalnie. Pojedynek tych dwóch postaci, rozgrywka na śmierć i życie jest jak magnes. Reszta jest dodatkiem.

Biały lotos

Rzutem na taśmę, bo lato się właśnie skończyło, obejrzałam wakacyjny w temacie serial, którego akcja rozgrywa się na Hawajach. Do hotelu nad oceanem na wyspie Maui docieramy z paroma osobami, których perypetie będziemy obserwować z wielkim zainteresowaniem, bo serial jest zrobiony świetnie. Zarówno narracja, klimat opowieści czy warunki, w których mamy wielką przyjemność się znajdować, sprawiają bardzo dobre wrażenie. On inclusive. Na wyspę przybywają: bogata biała czteroosobowa rodzina plus, którą tworzą: mama elegancka bizneswoman Nicole Mossbacher, wiecznie zajęta i zapracowana; podporządkowany tatuś Mark, zestresowany oczekiwaniem na wyniki badań jąder; synuś Quinn, nieco wycofany, zajęty grami, komórką, filmami porno i masturbacją; oraz nieco zbuntowana córeczka Olivia, której towarzyszy etniczna przyjaciółka Paula, korzystająca z kasy białych bez umiaru równocześnie ich nienawidząc. Dziewczyny wiecznie coś czytają, za każdym razem coś innego. Raz jest to Freud, potem zaś Nitsche. Pojawia się też para: rozpuszczony przez mamuśkę Shane Patton i szukająca swojego miejsca w życiu Rachel. Właśnie się pobrali i jest to ich podróż poślubna. Przypływa również samotna Tanya, wraz z prochami zmarłej matki, które zamierza rozsypać w oceanie. Gości witają pracownicy hotelu, przede wszystkim menager Armand. Towarzyszą mu szefowa spa Belinda i inni pracownicy tacy jak stażystka Lani, Dillon czy Hutch. Serial jest rewelacyjny przez to, że pod pierwszą warstwą lekkiej, dowcipnej wakacyjnej opowieści mamy właściwą, znakomitą zresztą, satyrę na współczesnych ludzi, atawizmy i hipokryzję klas uprzywilejowanych. Twórca serialu, Mike White, znakomicie sprawdził się jako twórca karykatury, z niecierpliwością czekam na następny, obiecany już, sezon. W tej edycji wystąpili: Murray Bartlett, Connie Britton, Jennifer Coolige, Alexandra Daddario, Jack Lacy, Brittany O’Grady, Natasha Rothwell, Sydney Sweeney, Steve Zahn, Molly Shannon czy Jon Gries. Polecam, to tylko 6 niespełna godzinnych odcinków, a zabawa, choć bywa zaprawiona czarnym humorem, jest naprawdę niezła.

Deadwood: The Movie

Znakomity pomysł na sposób, by pożegnać się z serialem. Film zrealizowano w 2019 roku, akcja dzieje się dziesięć lat po wydarzeniach w serialu, a my mamy okazję zobaczyć co zdarzyło się przez ten czas u bohaterów. Miasteczko Deadwood jest już w Unii, świętuje właśnie państwowość Dakoty Południowej. Spotykamy wszystkich. Jest i Al Swearengen i Seth Bullock i Sal Star. Jest i Alma Ellsworth i Trixie i Jewel i okropny burmistrz Farnum. Nawet stary doktor próbuje nadal ratować ludzi, a właściciel gazety dalej pracuje w pocie czoła. Jest i pan Wu. Pojawia się i Calamity Jane i Joanie Stubbs. Nawet senator Hearst przyjeżdża do miasteczka, by wygłosić przemówienie. Odżywają stare waśnie, niektóre trzeba ostatecznie załatwić. Niektórym ta dogrywka może się wydawać ckliwa i bez sensu, ale dla mnie była sympatyczna. Zawsze ciężko się rozstać z bohaterami kilkusezonowych opowieści, więc taka pointa jest fajna i nie zostawia nadziei na ew. dokrętki. Zagrali oczywiście: Ian McShane, Timothy Olyphant, Molly Parker, Kim Dickens, Anna Gunn, genialna Robin Weigert, Paula Malcolmson, Jeffrey Jones, Gerald McRaney i wielu innych. Nie polecam tym, którzy nie znają serialu, bo pewne zaszłości nie będą zrozumiałe, choć samo życie w miasteczku na Dzikim Zachodzie może być interesujące. Mnie się podobało.

Deadwood

Tym razem będzie serial, nie taki znowu nowy, bo z lat 2004-2006, nie taki znowu długi, bo trzy sezony po 12 prawie godzinnych odcinków. Idealny na binge-watching i dlatego się pewnie skusiłam. Nie żałuję, bo zawsze lubiłam westerny. Mamy lato 1876 roku, jakieś dwa tygodnie po bitwie pod Little Big Horn. Miejscem opowieści jest legendarne Deadwood w górach Black Hills ok. 100 km od Mount Rushmore. W chwili rozpoczęcia historii to osada wyjęta spod prawa, właściwie obóz osiedleńców, poszukiwaczy złota i kolorowych ptaków. W miejscowym saloonie grywa w pokera słynny Dziki Bill Hickok, pije tu namiętnie Calamity Jane, pojawia się Seth Bullock z Solem Starem, całością chwilowo rządzi najbogatszy w okolicy Al Swearengen. Poznajemy bandytów, kaznodzieję, jedynego lekarza, dziwki, właścicieli burdeli, hotelarza, faceta z zacięciem dziennikarskim, który wspomaga się pierwszymi zdjęciami, poszukiwaczy złota …. Wszystko to w wybudowanych naprędce drewnianych domach, na błotnistej ziemi, wśród niemytych i zaniedbanych wędrowców. I tak prawdziwi bohaterowie mieszają się z fikcyjnymi, a całość opowiada o powolnym rozwoju państwa, demokracji najpierw opartej na łapówkach, a także o kształtowaniu się prawa, zwyczajów, tradycji. Początkowo akcja serialu jest powolna, bardzo rozciągnięta, ale to celowy zabieg, widzimy jak wszystko powoli się tworzy, jak rozwija się wzajemna zażyłość i chęć osiedlenia na stałe. Seth w końcu sprowadza do Deadwood żonę i syna, powstają konkurencyjne saloony, sklepy. I w końcu Deadwood przyłącza się do Unii i ma szeryfa. Przestaje być miastem bezprawia, gdzie Chińczyk utylizował ciała zabitych przy pomocy swoich świń. Serial zrobiony jest świetnie, z dobrymi dialogami, świetnymi zdjęciami i ilustrowany bardzo dobrą muzyką. Znakomicie skrojone postacie zostały zagrane przez bardzo dobrych aktorów. I tak Dziki Bill Hicock w wydaniu Keitha Carradine jest niesamowity, szkoda, że tak krótko pojawia się na ekranie. Swearengena zagrał diaboliczny Ian McShane, który jest niesamowicie sugestywny. Towarzyszą im fantastyczny Timothy Olyphant (Bullock), wzruszający Brad Dourif (Doc), John Hawkes (Star), elegancki Powers Boothe (Cy) czy Titus Welliver (Adams). Kobiety też są rewelacyjnie pokazane i zagrane: dystyngowana Molly Parker (wdowa), nieodgadniona Paula Malcomson (Trixie), rewelacyjna Robin Weigert (Calamity Jane), Anna Gunn czy fantastyczna Geri Jewell w roli Jewell. Polecam serial gorąco, to się naprawdę dobrze ogląda.

Osierocony Brooklyn

Urokliwy film z 2019 roku. Z cudownym klimatem. Sięgnęłam, bo podziwiam Edwarda Nortona, a tu mało, że zagrał główną rolę, to jeszcze wyreżyserował ten film. Głównym bohaterem jest Lionel Essrog, który po śmierci matki wylądował w sierocińcu, a tam zaopiekował się nim Frank Minna. Opieka ta przerodziła się w przyjaźń i współpracę, bo Frank stworzył agencję detektywistyczną, w której zatrudnił paru wychowanków, m.in. Lionela zw. Brooklyn. Ekipę i głównego bohatera filmu poznajemy tuż przed tragiczną śmiercią mentora, a osierocony Brooklyn robi wszystko aby znaleźć morderców Minny. Jest samotny, rozumiał go tak naprawdę tylko Frank, nie przeszkadzały mu nawet uporczywe tiki, bo Brooklyn ma zespół Tourette’a. Cała historia rozgrywa się w Nowym Jorku w malowniczych latach pięćdziesiątych, poza świetną scenografią i montażem warta uwagi jest również fantastyczna muzyka. Mamy jazz, wszechogarniający cudowny jazz, który dopełnia i uzupełnia całość. Poza Nortonem mamy okazję zobaczyć: Bruce’a Willisa w roli Minny, a poza tym występują Willem Defoe, Alec Baldwin, Bobby Cannavale, Michael Kenneth Williams, Dallas Roberts, DeShawn White czy Gugu MBatha-Raw. Polecam, to niezły kryminał, dobrze zagrany i bardzo klimatyczny. W sam raz na letni upalny wieczór.

Whiskey Tango Foxtrot

To film z 2016 roku, który wyreżyserowany został przez duet Glenn Ficarra John Requa. Opowieść o nieco znudzonej swoją reporterską pracą zza biurka dziennikarce, która zmienia radykalnie swoje życie i jedzie jako korespondentka do Afganistanu. Akcja dzieje się w czasie kilku lat, od 2003 do 2006, a więc dzieje się dużo, a my mamy okazję obserwować rozwój naszej bohaterki. Zaczyna nieco ciamajdowato, ale jest ambitna i odważna, ryzykuje w wielu sytuacjach i powoli zdobywa podziw swoich ochroniarzy, marines i dowódców. Wrażliwa, uczciwa, stara się pozostać sobą, więc nie poświęca wszystkiego pracy. Potrafi odpuścić i wie, kiedy zawrócić. Film jest zrobiony bardzo sprawnie, dobry montaż i zdjęcia, znakomite dialogi z pewnym zabawnym podejściem do sytuacji. I fajna obsada. W roli Kim Baker wystąpiła Tina Fey, a towarzyszą jej Margot Robbie, Martin Freeman, Christopher Abbott, Josh Charles, i rewelacyjni w epizodach Alfred Molina, Billy Bob Thornton czy zabawny Australijczyk (nie do końca) Stephen Peacocke. A zastanawiając się nad życiem warto, jak bohaterka, zapytać: WTF?

Oslo

Lubię takie filmy, choć wydają się zwykle być dość nudne. Bo film jest polityczny, oparty na faktach, opowiada o bardzo trudnych negocjacjach między śmiertelnymi wrogami. Zadaniem twórców jest pokazać to od takiej strony, by widz nie wyłączył się po pierwszych kilku minutach. No i nie wyłączyłam, zostałam do samego końca. I nie żałuję, bo znowu się czegoś dowiedziałam. Małżeństwo dyplomatów norweskich Mona Juul i Terje Rod-Larsen w 1992 doprowadzili do tajnych negocjacji przedstawicieli Palestyny i Izraela, które w efekcie skończyły się podpisaniem rok później tzw. Porozumień z Oslo. Film oparty jest na sztuce teatralnej, głównym więc jego elementem są rozmowy, kłótnie, przepychanki między bohaterami, umiejętnie rozładowywane przez gospodarzy. Ale wzbogacony jest migawkami z inscenizowanych walk, końcowe telefoniczne dogadywania ostatecznych szczegółów przez Arafata i Rabina w malowniczych wnętrzach pałacu królewskiego w Sztokholmie, a w końcowych scenach z przebitkami z przemówień dostojników palestyńskich i izraelskich w obecności prezydenta USA Billa Clintona. Ogląda się bardzo dobrze, tym bardziej, że i scenografia oraz wnętrza są bardzo efektowne. A i aktorzy znakomici: Ruth Wilson i Andrew Scott w rolach gospodarzy negocjacji są naprawdę przekonujący. Bartlett Sher zrealizował ten film w tym roku, a wystąpili w nim jeszcze znani z różnych produkcji o tej tematyce: Sasson Gabai, Tobias Zilliacus, Itzik Cohen, Rotem Keinan, Doval’e Glickman, Igal Naor, Walled Zuaiiter, Salim Dau i Jeff Wilbusch (właśc. Iftach Wilbuschewitz).

Bez tajemnic

Ostatnim razem obiecałam, że na przykładzie dwóch seriali udowodnię, że to fantastycznie, gdy w tych niezbyt poważnych dziełach filmowych, za jakie się właśnie uważa seriale, występują znakomici aktorzy. Dzisiaj drugi, rewelacyjny serial i fantastyczny przykład wykorzystania do drobnych rólek, które urastają do kreacji filmowych, bardzo znanych aktorów. Tym razem jest to przykład polski, to serial, który powstał w latach 2011-2013 na licencji amerykańskiego „In Treatment”, co jest zresztą formatem opartym na izraelskim „Be Tipul”, ale problemy i postacie są tak polskie, że aż boli. Główne założenie jest takie: mamy psychoterapeutę, Andrzeja Wolskiego, do którego przychodzą pacjenci na sesje terapeutyczne. Często nieufni, niezbyt przekonani do celowości takich sesji, czasami wrodzy. Każdy sezon (są trzy) opowiada o czterech sesjach z pacjentami (poniedziałek, wtorek, środa i czwartek), a co piąty odcinek to sesja głównego bohatera z własnym superwizorem, swoiste podsumowanie tygodniowych sesji. Odcinki są krótkie, zaledwie 25 minutowe, ale tak naładowane emocjami, że robią wrażenie dłuższych. W pierwszym sezonie poznajemy problemy: młodej pani doktor, nie radzącej sobie z własnymi uczuciami; żołnierza po powrocie z misji w Afganistanie; nastoletniej skrzypaczki, której nie wychodzą relacje z rozwiedzionymi rodzicami oraz problemy małżeństwa. W drugim sezonie pojawiają się: młoda prawniczka, która nie potrafi utrzymać związków z mężczyznami; syn małżeństwa na rozdrożu z pierwszego sezonu; biznesmen w średnim wieku, którego problem dopiero się wyłania podczas rozmowy z terapeutą oraz młodziutka studentka ASP, która nie potrafi się pogodzić z diagnozą, jaką właśnie otrzymała od onkologa. W ostatnim sezonie tydzień terapeuty wypełniają problemy: młodego chłopaka, geja, który próbuje ułożyć sobie życie między rodzicami adopcyjnymi i biologiczną matką; starsza kobieta, która do Warszawy przyjechała z małej wsi i nie umie się w odnaleźć ani w mieście ani w rodzinie; kobieta o osobowości typu borderline oraz ksiądz, były misjonarz a teraz na rozdrożu. Sam terapeuta też ma swoje problemy: rozpada mu się małżeństwo, usiłuje poukładać stosunki z trójką dzieci, zwłaszcza z najmłodszym synem, ma problemy zawodowe, bo jest oskarżony o niedopełnienie obowiązków w związku ze śmiercią pacjenta czy problemy z zamierzchłej przeszłości z brakiem porozumienia z ojcem. I teraz najważniejsze: każda rola to majstersztyk, to niesamowity pokaz umiejętności aktorskich wszystkich i każdego z osobna. Zwłaszcza że są wyreżyserowani przez Jacka Borcucha, Wojciecha Smarzowskiego, Agnieszkę Glińską, Kasię Adamik czy Agnieszkę Holland. Jerzy Radziwiłowicz zagrał zdystansowanego, ale nie zimnego Andrzeja Wolskiego, pełnego własnych uczuć i emocji. W rolach jego superwizorów i terapeutów mamy okazję zobaczyć Krystynę Jandę i Macieja Stuhra, a rodzinę Wolskiego zagrali Anna Radwan, Mateusz Kościukiewicz, Marek Moryc i Julia Rosnowska. Pacjenci? Proszę: Weronika to Małgorzata Bela, piękna i zagubiona pani doktor, żołnierz to znakomity Marcin Dorociński, skrzypaczka to Aleksandra Kusio, a jej rodziców zagrali Urszula Grabowska i Andrzej Chyra; małżeństwo to Ilona Ostrowska i Łukasz Simlat. Młodą prawniczkę z drugiego sezonu zagrała świetna i chłodna jak zawsze, choć kipi emocjami, Magdalena Cielecka; syn rozwodzących się rodziców cudowny Stanisław Cywka; biznesmena zagrał genialny Janusz Gajos, któremu towarzyszy w roli córki Agnieszka Żulewska, a artystkę z ASP zachwycająca w tej roli Julia Kijowska (dla mnie numer jeden obsady, nie mogłam oderwać oczu i na pewno nie zapomnę). W ostatnim sezonie możemy podziwiać: w roli geja Adrian Zaremba; starszą kobietę fantastyczna jak zawsze Stanisława Celińska; kobietę z problemami zagrała nieprawdopodobnie ekspresyjna Magdalena Popławska; księdzem jest w tym serialu przejmujący Piotr Głowacki. Pojawiają się też w maleńkich rólkach Danuta Stenka, Rafał Maćkowiak, Ryszard Ronczewski, Przemysław Sadowski, Kinga Preis czy Przemysław Sadowski. Naprawdę, zostaje głęboko w głowie.

Mare z Easttown

Jak to dobrze, że znakomici aktorzy nie uważają już udziału w serialach za dyshonor. A wręcz przeciwnie, nawet z małej, epizodycznej rólki robią kreację godną największych nagród. Tę moją refleksję będę udowadniać na przykładzie dwóch seriali. Dzisiejszym jest tegoroczny, zaledwie siedmioodcinkowy produkt made in USA, który dopiero niedawno pojawił się na platformie HBO, a jego ostatni odcinek był bardzo wyczekiwany i wywołał sporo dyskusji w mediach społecznościowych. To zamknięta historia policjantki, pani detektyw w małym miasteczku, dokrętek nie będzie. Wszyscy się w Easttown znają, mieszkają obok siebie, dzieci się przyjaźnią, były mąż mieszka za płotem ze swoja nową partnerką, właśnie ogłasza zaręczyny. I nagle znaleziono zwłoki młodej dziewczyny i rusza śledztwo. Detektyw Mare Sheehan znana jest z tego, że nie odpuszcza, tym bardziej, że wisi jej nad głową niewyjaśniona od roku sprawa zaginionej córki bliskiej znajomej. Zawzięta, ale szczera, prawdomówna i uczciwa do bólu Mare robi wszystko, by rozszyfrować zagadkę kto zabił i dlaczego. Poznajemy bliskich bohaterki i jej osobiste problemy na tle miasteczka, w szerszej perspektywie. Przejmujemy się i nią i innymi bohaterami, bliskimi zamordowanej, a także rodziną mordercy. Rozwiązanie zagadki nie jest łatwe, ale jak już dowiadujemy się kto winien, to przyjmujemy to, bo i motyw jest dla nas jasny i zrozumiały. Mimo wszystko. A Mare, wbrew pokusom, wyjaśnia sprawę do końca. Największym atutem filmu, poza intrygą i głębokim spojrzeniem na społeczność i jej problemy, jest udział rewelacyjnej brytyjskiej aktorki Kate Winslet. Jej Mare, zaniedbana, zabiegana, zmęczona, zestresowana, jest bardzo przekonująca i przykuwa całą uwagę widza. Towarzyszą jej inni, równie dobrzy: Guy Pearce czy Jean Smart, ale to jest wyłącznie show Kate. Bardzo, bardzo polecam.

Kontra

To serial o specjalnej grupie wojskowych (Sekcja 20, niby brytyjska, ale są też pomocni Amerykanie), którzy rozwiązują sprawy nierozwiązywalne na całym świecie i są posyłani tam, gdzie nikt inny już nic nie zdziała. Najczęściej efektem działania Sekcji jest rzeź, ale ofiarami nie są niewiniątka. Choć czasem zabłąkana kula trafi i w dobrego, a nawet w bohatera. Może być że i w głównego. No cóż, gdzie drwa rąbią…. Ale serial jest zrobiony z przymrużeniem oka, z dowcipnym przekomarzaniem silnych chłopców. Mnie podobały się najbardziej pierwsze cztery sezony ze wszystkich siedmiu. Może dlatego, że po tych czterech sezonach następuje wymiana głównych bohaterów, choć zabawne jest nagłe pojawienie się panów w jednym czy dwóch końcowych odcinków sezonu piątego. Poza panami pojawiają się i panie, nie tylko w scenach rozbieranych (bo panowie lubią kobiety, zwłaszcza jeden nie odpuszcza) ale są równie skuteczne i waleczne jak panowie. A nawet nimi dowodzą. Serial powstawał w latach 2010 – 2020, ma znakomita muzykę, zwłaszcza w czołówce. Oryginalny tytuł brzmi Strike Back, a w poszczególnych sezonach ma podtytuły. Zagrali w nim m. in.: Philip Winchester, Sullivan Stapleton, Michelle Lukes, Daniel MacPherson, Alin Sumarwata, Warren Brown, Robson Green, Jamie Bamber, Rhona Mitra, Charles Dance czy Richard Armitage. Jak lubicie takie kino to macie kilka tygodni z głowy, bo ogląda się fajnie i nie nudzi na dłuższą metę.