Gladiator

Aż się zdziwiłam, że o tym filmie jeszcze nie napisałam. To znakomity film, w którym jest wszystko: historia, wojna, zdrada, śmierć, miłość, wierność, honor, odwaga i szlachetność. Bardzo dobra fabuła, świetne zdjęcia, cudowna muzyka jednego z moich ulubionych kompozytorów (Hans Zimmer, w dodatku z Lisą Gerrard, połówką duetu Dead Can Dance)  i do tego naprawdę fantastyczne aktorstwo to wszystko razem powoduje, że film ten ogląda się dobrze wielokrotnie. Zrealizowany przez Ridleya Scotta piętnaście lat temu, zasłużenie odebrał aż pięć Oscarów (za najlepszy film roku, główną rolę męską, za efekty specjalne, dźwięk i kostiumy). Historia generała wojsk rzymskich, Maximusa, szczęśliwego męża i ojca, który w jednej chwili traci wszystko i zmuszony jest walczyć o swoje życie jako gladiator na arenie Rzymu (naprawdę sceny te zrealizowano w El-Jem w Tunezji). Najlepsza, życiowa rola Russella Crowe, jego Maximus jest fantastycznym mężczyzną, walecznym, odważnym, prawym i do tego wzruszającym ojcem i mężem. Do tego trzeba dodać to, że sam Crowe był wtedy w swojej szczytowej formie, przystojny i uroczy. Rolę Kommodusa zagrał Joaquin Phoenix, którego uwielbiam za niepowtarzalność i nieprawdopodobny talent. Jedyną żeńską rolą jest rola Lucilli, w którą wcieliła się Dunka, piękna Connie Nielsen. Oczywiście nie sposób nie zauważyć w tym filmie trzech innych wielkich aktorów: Richarda Harrisa (Marek Aureliusz), Oliviera Reeda (Proximo) i  Dereka Jacobi (niezapomniany Klaudiusz z serialu) w roli Gracchusa. Krótko mówiąc: film widziałam wielokrotnie, co nie przeszkodzi mi zupełnie zobaczyć go po raz kolejny przy najbliższej okazji. Czego i Wam życzę.