Gdyby ulica Beale umiała mówić

Bardzo interesujący film z 2018 roku, ale z góry ostrzegam, bardzo wolno się toczy. Poszłam ze względu na Oscara dla drugoplanowej roli żeńskiej dla Reginy King, a mój partner, bo kiedyś to czytał. To adaptacja powieści Jamesa Baldwina. Bardzo powolna opowieść o tym, jak miłość pomaga przetrwać najtrudniejsze chwile, a zaufanie w związku jest najważniejsze. A wszystko to opakowane w problemy rasowe, bo akcja dzieje się w Harlemie. Młodziutka Tish wspiera swojego ukochanego, który oskarżony o gwałt idzie do więzienia. Ma świetne alibi, cóż kiedy kolor skóry stawia go od razu na straconej pozycji. Tish z matką robią wszystko, by Fonny’emu złagodzić karę, a potem spowodować, by odsiadka stała się łatwiejsza. Tytułowa ulica Beale to metafora, bo każda historia widziana z zewnątrz wygląda inaczej, obiektywniej może, a gdy dotyczy „czarnych” dzielnic to nabiera dodatkowej wartości. Tym bardziej, że autor ekranizacji tez jest Afroamerykaninem. Reżyser filmu, Barry Jenkins, subtelnie i z wielką wrażliwością po raz kolejny (przypomnijmy „Moonlight„) staje się kronikarzem swojej społeczności i bardzo pięknie opowiada tym na zewnątrz to, co czują ci wewnątrz. Poza świetnymi zdjęciami, dobrą muzyką mamy tu znakomite aktorstwo: udany debiut Kiki Layne w roli Tish, Stephen James w roli Fonny’ego i rewelacyjna Regina King jako matka Tish, doceniona zresztą przez Akademię. Warto poświęcić trochę czasu i posłuchać o tym, co powiedziałaby ulica gdyby umiała mówić.