41 dni nadziei

Po kilku kameralnych, teatralnych prawie filmach, zapragnęłam zobaczyć coś filmowego naprawdę. Wchodziła w rachubę wielka przestrzeń i tak trafiłam na tegoroczny film Baltasara Kormakura. Reżysera znałam wcześniej, więc bez zbędnej zwłoki poleciałam do kina. Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach dzieje się na oceanie. Fabuła prowadzona jest dwutorowo: najpierw poznajemy samotną młodą kobietę na zdewastowanej łajbie na środku wielkiej wody, a potem oglądamy retrospekcję i to, jak do tego doszło. Niestety, całość nie trzyma napięcia co mnie dziwi, bo reżyser zrobił już świetny survivalowy film „Everest”, który robi wrażenie. Nie wiem, czy to wina tej dwutorowo prowadzonej narracji, która zaburza rytm opowieści, czy poszarpane elementy survivalu. Film mnie nie poruszył, a ostatni zwrot przez belkę tylko zasmucił. Zachwyciły mnie natomiast fantastyczne zdjęcia, znakomity montaż, zwłaszcza huraganu, ale proszę, nie oglądajcie tego w domu. Stracicie cały urok tego filmu. Podobała mi się także gra dwójki młodych aktorów: w roli Tami wystąpiła Shailene Woodley, a w roli Richarda Sam Claflin, którego bardzo lubię za Willa w „Zanim się pojawiłeś”. Gdybym była złośliwa, stwierdziłabym, że to kolejny film, gdzie Claflin gra na leżąco i niedługo dostanie za to malownicze leżenie Oscara. Choć daleko mu ciągle do Ralpha Fiennesa z „Angielskiego pacjenta” Minghelli.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s