Zniewolony

Czułam, że to się właśnie tak skończy. Amerykanie mają traumę dotyczącą niewolnictwa i muszą to wreszcie załatwić paroma filmami na ten właśnie temat. A przy okazji muszą go nagrodzić, by było widać, że rozliczyli problem. „Zniewolony”  Steve’a McQueen’a dostał wczoraj Oscara za najlepszy film roku, powstał na podstawie scenariusza Johna Ridley’a, który również otrzymał nagrodę Akademii za swoją adaptację. Widziałam ten obraz kilka dni temu i szczerze powiem, poza grą aktorską (o której za chwilę), wcale mnie nie zachwycił. Miałam uczucie odkrywania tematu po raz kolejny, ale może to przez to, że to nie moja (nasza) trauma? Sprawa porwania wolnego Murzyna i przetrzymywania go na południu Stanów Zjednoczonych w 1841 roku zdarzyła się naprawdę, ale opowiedziana jest tak, że widz, w odróżnieniu do bohatera, nie ma nadziei na szybkie wyjaśnienie pomyłki i z góry wie, kiedy skończy się koszmar. Podtytuł amerykański zaznacza wyraźnie ramy czasowe tego, co ma przeżyć nasz bohater. Wykształcony, szczęśliwy mąż i ojciec, Solomon Northup, porwany, sprzedawany kolejnym właścicielom, ląduje w końcu na plantacji bawełny u Edwina Eppsa, sadysty bez zahamowań, na samym dnie społeczności. Mamy tu pokaz maltretowania, znęcania się na niewolnikach ale Solomon jest – tak jak my – w większości obserwatorem tego co spotyka współziomków. Film bolesny, niełatwy ale, niestety, bardzo przewidywalny, którym największym atutem jest obsada. Jak zwykle u McQueena mamy tu jego ulubionego aktora Michaela Fassbendera w roli Edwina, który jest bardzo przekonujący i przerażający. W roli jego żony niesamowita Sarah Paulson. Pojawia się też ostatnio wszędzie obecny Benedict Cumberbatch w epizodycznej roli właściciela z wyrzutami sumienia. Mamy także Brada Pitta w roli jedynego uczciwego białego. Zachwyciła mnie (i Akademię Filmową, bo nagrodziła ją Oscarem za drugoplanową rolę żeńską) Lupita Nyong’o w roli niewolnicy Patsey, której zdarza się wszystko co najgorsze. Największą rolą tego filmu jest jednak rola tytułowego zniewolonego, a więc Solomona zagrana przez niesamowitego Chiwetel’a Ejiofor’a (czas nauczyć się pisowni i wymowy imienia i nazwiska tego artysty), którego twarz i oczy wyrażają wszystko – od szczęścia po bezdenną rozpacz, od nadziei do kompletnego załamania, od miłości do nienawiści. I pomyśleć, że pierwszy raz przemknął mi prawie niezauważenie w moim ulubionym „To tylko miłość” jako pan młody z Keirą Knightley u boku. Daleką drogę przebył, ale pewnie to jeszcze nie koniec. Mam nadzieję, że następnym razem nie skończy się na nominacji do Oscara.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s