Trędowata

Jedną z wielu dostrzegalnych zmian po zawaleniu się poprzedniego systemu był prawie natychmiastowy wysyp literatury romantyczno-romansowej zwanej od najpopularniejszej wtedy serii harlequinami. Tego w poprzednim ustroju nie było wcale, bo nie istniały różnice klas, niemożliwym był mezalians. Przecież jeśli kucharka mogła rządzić to mogła także poślubić nawet I sekretarza KC PZPR. Dlatego też wszystkie dziewczyny urodzone w Polsce po II wojnie światowej cierpiały na brak odpowiedniej miłosnej literatury z każdej półki. Myślę oczywiście o literaturze rodzimej, bo nie będziemy się dzisiaj zajmować literaturą zgniłego zachodu, tę zostawię na inną okazję. Dlatego też nasze matki często posiłkowały się najsłynniejszym melodramatem literatury polskiej, a więc „Trędowatą” Heleny Mniszkówny z 1909 roku. Czytałyśmy, owszem, płakałyśmy, owszem, i bardzo chętnie poleciałyśmy na to do kina. Przed wojną zrealizowano dwie ekranizacje, potem nic się nie działo aż do 1976 roku, wtedy dopiero mogła powstać wersja wyreżyserowana przez naszego naczelnego realizatora filmów ku pokrzepieniu – Jerzego Hoffmana. Wersja ta cieszyła się wielkim powodzeniem, teraz udało mi się ją obejrzeć po wielu latach. I jak była urocza, tak jest nadal zwiewna, lekka i nastrojowa. Ordynat Waldemar Michorowski, w domu swojej ciotki Idalii Elzonowskiej, poznaje guwernantkę i damę do towarzystwa córki gospodarzy, Lucii. Guwernantka, skromna Stefcia Rudecka, wpada w oko ordynatowi, co nikogo nie dziwi, bo jest piękna i utalentowana muzycznie. Ale jest tylko guwernantką. Waldemar, zakochany po uszy człowiek honoru, prosi Stefcię o rękę, ale na przeszkodzie staje mu cały ród i cała jego sfera. Postanawia jednak zrobić po swojemu, ma bowiem przed oczami swego dziadka, który przed laty ustąpił przed radą rodzinną i zostawił swoją ukochaną (zresztą babkę Stefci). Ordynat wymusza zgodę na rodzie, ale do ślubu nie dochodzi, bo narzeczona, szykanowana przez niechętnych sobie członków rodziny, zapada na zapalenie opon mózgowych i umiera. Film zrealizowano w pięknych wnętrzach i ogrodach pałaców w Łańcucie i Książu, towarzyszy nam muzyka Wojciecha Kilara i Piotra Marczewskiego, a w głównych rolach wystąpili Elżbieta Starostecka (tu przyznam szczerze, że niezbyt ją lubię, męczy mnie bowiem przesadna słodycz i w głosie i w grze aktorki) i Leszek Teleszyński (też nie w moim typie, niestety), wtedy chyba najprzystojniejszy amant polskiego kina. W pozostałych rolach plejada znanych aktorów: Jadwiga Barańska, Czesław Wołłejko, Mariusz Dmochowski, Anna Dymna, Gabriela Kownacka czy Piotr Fronczewski. Ekranizacja powieści naprawdę udana i śmiem twierdzić, że to jeden z najlepszych melodramatów polskiego kina w ogóle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s